Zwierzęta

Egzotyczni więźniowie dwa lata później

Mijają właśnie dwa lata od czasu kiedy rozpoczęliśmy zorganizowane działania związane z łódzką giełdą zoologiczną. To miejsce mieliśmy na oku już od 1996 roku, ale właśnie dwa lata temu uznaliśmy, że należy wykorzystać obowiązujące przepisy prawne w celu eliminacji pewnych negatywnych zjawisk tam występujących przede wszystkim handlu chronionymi gatunkami zwierząt oraz skandalicznych warunków przechowywania zwierząt przez niektórych sprzedawców. Dwa lata temu, po kilkumiesięcznym monitoringu giełdy, złożyliśmy doniesienie do prokuratury.
18 lutego 1999 r. miała miejsce słynna "akcja na giełdzie". Zatrzymano 7 osób, kilkaset zwierząt odebranych handlarzom znalazło troskliwą opiekę w łódzkim ogrodzie zoologicznym. Mimo wysiłków weterynarzy, połowa z nich zakończyła życie handlarze traktowali je bowiem gorzej niż ziemniaki, trzymając na mrozie, w kartonowych pudłach, ułożone warstwami jedne na drugich. Większość żółwi miała popękane skorupy.
6 listopada zakończył się proces siedmiu osób oskarżonych o handel zwierzętami chronionymi bez wymaganego zezwolenia.
Oskarżeni nie stawiali się na kolejne rozprawy, a jeden z nich kiedy wreszcie się zjawił, okazało się, że jest kompletnie pijany (powędrował za kratki na 7 dni za obrazę powagi sądu). Oskarżeni, którzy od momentu zatrzymania odmawiali składania wyjaśnień i uparcie twierdzili, że "nie robią nic złego", na kolejnej z rzędu rozprawie nagle przypomnieli sobie, że jednak mają świadectwa legalnego pochodzenia zwierząt. Okazało się, że wszyscy jak jeden mąż (choć przedtem wypierali się znajomości ze sobą) nabyli zwierzęta od pewnego przedsiębiorcy ze Śląska, który na początku lat 90-tych sprowadził legalnie do polski mnóstwo legwanów i żółwi, i choć nie posiada na to żadnych faktur, doskonale pamięta, że to właśnie tym oskarżonym odsprzedał zwierzęta. Hmm, ja nie jestem specjalnie przekonany tą argumentacją.
Jednak biorąc pod uwagę nieścisłości w przepisach sad musiał uniewinnić oskarżonych od stawianych im zarzutów. Pozostałe przy życiu zwierzęta wrócą teraz w majestacie prawa do swoich oprawców.
Przegrany proces nie oznacza jednak, iż kończy się nasza kampania "Egzotyczni więźniowie". Warto zwrócić uwagę na nowy aspekt sprawy. Przepisy dotyczące handlu chronionymi zwierzętami ulegną wkrótce zmianie. Gdy tylko wejdzie w życie nowa ustawa o ochronie przyrody, każdy posiadacz chronionego zwierzęcia, będzie je musiał zarejestrować w starostwie dokładnie tak, jak rejestruje się samochody. Dotyczy to każdego posiadacza, również tatusia kupującego dziecku legwanika i nie będzie już można zasłaniać się brakiem przepisów wykonawczych, bo żadne takowe nie są tutaj potrzebne. Chyba nie muszę nikogo zapewniać, iż Źródła będą bardzo dokładnie pilnować egzekwowania nowego prawa, będziemy kontrolować sklepy zoologiczne gdzie przebywające zwierzęta powinny po pierwsze być wpisane do rejestru, a po drugie oferowane do sprzedaży z kompletem papierów (zwierzęcia bez papierów nikt nam nie zarejestruje) w razie konieczności zgłaszając policji przypadki łamania przepisów.
Uważamy nowe rozwiązanie prawne za słuszne. Nie powinni przeciwko niemu protestować tzw. profesjonalni hodowcy, dla których rejestracja własnej hodowli nie powinna być przecież żadnym problemem. Natomiast mamy nadzieję, że obowiązek rejestracji zwierząt chronionych zniechęci choć trochę tzw. niedzielnych hobbystów, którzy kupują zwierzątka dla siebie lub dzieci, bo są ładne, kolorowe i drogie (snobizm). Konieczność udania się do urzędu celem rejestracji zwierzęcia co wiąże się również z uiszczeniem opłaty skarbowej może spowodować, że rodzice zastanowią się dwa razy, zanim ulegną prośbie dziecka o kupno kolorowego egzotycznego gada czy ptaka.
W momencie wejścia w życie nowych przepisów planujemy zmasowaną akcję informacyjną przypominającą właścicielom zwierząt o ich nowym obowiązku. Jego niedopełnienie jest wykroczeniem karanym karą aresztu lub grzywny oraz odebraniem zwierząt. Wszystkim planującym w najbliższym czasie kupno chronionego zwierzęcia (choć mam nadzieję, że nikt taki nie czytuje "biuletynu") radzimy wziąć nasze ostrzeżenia poważnie. Jeśli ktoś koniecznie odczuwa potrzebę mieszkania wspólnie z przedstawicielem innego gatunku niż Homo sapiens, w łódzkim schronisku oczekują na adopcję liczne psy i koty.

Xpert


Za duszki zwierząt

Kwesta
Po raz ósmy kwestowaliśmy 1 listopada na łódzkich cmentarzach zbierając pieniądze dla bezdomnych zwierząt. Pogoda zgotowała nam na ten dzień uroczysty prysznic, ale może dzięki temu udało nam się zebrać aż 7000 zł. Przytupując w strugach deszczu musieliśmy wyglądać równie żałośnie jak bezdomne zwierzęta na naszych tablicach informacyjnych, litościwi łodzianie nie zważając więc na utrudnione ewolucje jednoczesnego trzymania parasolek, doniczek z kwiatami i toreb ze zniczami dobywali z kieszeni gotówkę i wspomagali potrzebujące czworonogi. Wiele osób przyzwyczaiło się już do naszej obecności na cmentarzu i specjalnie przynosi tego dnia większą sumę. Od lat spotykamy te same sympatyczne i współczujące dusze.
Stojąc te kilka godzin czyniliśmy pewne obserwacje socjologiczne, z których wynikało, że większość naszych darczyńców stanowiły kobiety. Wszak to one zazwyczaj opiekują się domową menażerią. Mijające nas osoby wyglądające bardzo dostatnio (odziane w futra i okapujące złotem) rzadko zatrzymywały wzrok na naszym stoliku a jeśli zdecydowały się wspomóc zwierzęta, to raczej niewielką sumą. Najliczniejsze i najhojniejsze były radosne, hałaśliwe rodzinki, które z przejęciem opowiadały o swoich podopiecznych wziętych ze schroniska. Najbardziej wzruszające były pochylone nad ziemią, opatulone w chusty staruszki, które trzęsącymi się dłońmi dobywały ze starych torebek zmięte banknoty. A wiadomo wszystkim, jakim bogactwem opływają takie starsze damy. Nierzadko podchodziły do nas małolaty, które miast wydać swoje kieszonkowe na hamburgery czy chipsy wolały przeznaczyć je na pomoc zwierzętom. Czyż to nie budujące?

Co dalej?
Stosy mokrych banknotów suszyły się na kaloryferze w "Źródłach" a my w tym czasie dźwigaliśmy bilon do maszyny liczącej, która w ciągu kilku minut zmienia 20 kilo monet na kilka wysokonominałowych papierków. Całą zebraną sumę podzieliliśmy pomiędzy trzy dzielne kobiety, które opiekują się bezdomnymi zwierzętami:
Korabiewice
Pieniądze przeznaczone na to schronisko postanowiliśmy wręczyć osobiście, by przy okazji odwiedzić panią Magdę. Byliśmy u niej dwa lata temu i od tamtego czasu wiele się zmieniło. Przybyło ziemi a wraz z nią podopiecznych. Samych psów jest ponad dwieście. Wiele z nich zostało wrzuconych przez ogrodzenie, co dla niektórych skończyło się połamaniami lub śmiercią. To, co rzuca się w oczy w tym schronisku, jest zachowanie zwierząt nie są to zastraszone, znerwicowane ofiary, ale radosne, ufne futrzaki o śmiejących się oczach. Wiele psów biega luzem, inne mają do dyspozycji domki lub budy z dużymi wybiegami. Całkowitą wolnością cieszą się tu konie, które chodzą parami lub trójkami i rozmawiają ze sobą jak starzy znajomi lub też galopują beztrosko po sadzie. Na noc schodzą się do stajni. Wszystkie trafiły tu spod rzeźnickiego noża albo od ludzi, których jedynymi zwierzętami powinny być jakieś wyjątkowo wredne bakcyle. W dużych pawilonach ustawionych pośród drzew rezydują misie dawne "gwiazdy estrady", czyli inaczej ofiary cyrkowego obłędu. Trzy z nich już zapadły w zimowy sen, dwa jeszcze nie spały i były w bardzo dobrym nastroju, bawiły się z nami w ganianego i próbowały przytulić swoimi ogromnymi łapami, co spotkało się z naszą lekką paniką, kiedy 10- centymetrowe pazury przeleciały koledze koło twarzy.
W jednym z pomieszczeń mieszka wilczyca przywieziona prawdopodobnie przez Rosjan, którym uciekła i błąkała się w okolicy Warszawy. Piękna, srebrnowłosa, o lekkim chodzie jest bardzo towarzyska i wręcz doprasza się o pieszczoty (wiecie, jakie to uczucie głaskać wilka?!).
Odprowadzani przez konie wkładające głowy do naszych plecaków w poszukiwaniu cukru poszliśmy do mieszkania pani Magdy, które zamieniło się na szpital. Leżą w nim stare i chore zwierzęta. W sali operacyjnej właśnie odbywały się zabiegi. Pani Magda opowiadała nam, z jakim trudem zbudowała pawilony dla nowych niedźwiedzi, które umęczone siedzą w małych skrzyniach od ponad 10 lat i przez zawiść i głupotę nie trafiły jeszcze do Korabiewic. Mówiła też, że potrzebuje wolontariuszy do pracy, bo ogrom obowiązków ją przerasta. Jest to jedno z nielicznych w Polsce miejsc, gdzie nie usypia się zwierząt starych, kalekich, brzydkich. Każdy taki zwierzak ma tam zapewnioną emeryturę. Widząc takie miejsca zapomina się o zmęczeniu, zimnie i niewygodzie, w jakiej zbiera się pieniądze. Także nasze własne problemy bledną. Warto takie miejsca wspomagać.

Asia