Obywatelski Ruche Ekologiczny


Dzieci Rospudy

Deszczowa pogoda w deszczowym lesie nad rzeką Rospudą. Mimo przemoczonego ubrania przepełnia mnie radość, że jestem tutaj, nad brzegiem dzikiej, tajemniczej rzeki, która płynie wartko pośród urwistych wzgórz i zabagnionych dolin Suwalszczyzny. Znana mi dotąd jedynie z opowieści i jednej czarno- białej widokówki, staje się wreszcie czymś realnym i jak najbardziej namacalnym. Zanurzam się powoli i nie bez oporów w jej zimnej i przejrzystej wodzie, pełnej tasiemcowatych wodorostów i omszałych od glonów kamieni. Wychodzę na brzeg pełen nowych doznań, otwarty na to co wokół mnie się dzieje. Tak, teraz jestem gotów wysłuchać głosów ptaków i ludzi oraz ich smutnej opowieści o planach zabicia rzeki przez wybudowanie tutaj drogi ekspresowej dla TIR-ów i ciężarówek. Patrząc na piękno wkoło mnie nie dowierzam tym hiobowym wieściom, choć przecież wiem, że ludzkie ambicje potrafią wykreować różne tragiczne scenariusze. Opowieści są jednak rzeczywistością tego miejsca, smutek i siłę widzę w twarzach ludzi, którzy podjęli się ratować rzekę. Wprowadzają mnie powoli w historię tego miejsca, zarysowują zdarzenia, które spotykały ich przodków, tragiczne lata wojen, zsyłek do sowieckich łagrów i niemieckich Arbeit - Komando a także o latach różnorakich doświadczeń wplątanych w dzieje rzeki. Te wydarzenia połączyły ich z tą ziemią tak jak organizm matki łączy się z jej dziećmi niewidzialną pępowiną. Oczywiście nie we wszystkich ta więź przetrwała, często rozmyła się i zaginęła gdzieś po drodze ich życia. Pozostała tylko tępa obojętność na losy rzeki i wszelkich zwierząt oraz roślin, dla których jest ona domem. Jednak kiedy spotkałem na swej drodze starego młynarza ze wsi położonej 7 km od rzeki, od razu wiem, że spotkałem się z człowiekiem Rospudy. On również czuje jej tętno. Wsłuchuję się uważnie w jego opowieść, niczym w płomień ognia palący się w jego sercu. Kiedy żegnamy się on w odruchu serdeczności użycza mi swój rower, abym mógł szybciej dojechać do tego nieszczęsnego miejsca, gdzie autostrada ma przebiegać przez bagna. Jadę tam, jednak droga przez stary las jest nadzwyczaj kręta. Błądząc w nim i szukając właściwej ścieżki napotykam na dwóch mężczyzn, którzy mozolą się przy odbudowie ambony myśliwskiej. Mówię im o moim celu i o problemie jaki ma Rospuda. Kiwają na to głowami, słyszeli o całej sprawie. Są ostro wkurzeni na władze Augustowa, które lekką ręką chcą zniszczyć ten piękny zakątek. "Cholera, panie, gdyby była potrzeba ratowania rzeki, to można na nas liczyć. Mieszkamy niedaleko i zawsze się możemy do czegoś przydać". Zegnam się z nimi z przeświadczeniem, że Rospuda ma w nich swoich obrońców. Kiedy dojeżdżam w końcu na miejsce, słońce przebiło się właśnie przez grubą warstwę chmur a las odsłonił mi widok na rozległe bagna, pośród których przepływa wartko woda. Aby mieć lepszy widok na ten niecodzienny krajobraz wspinam się na starą 20 metrową sosnę rosnącą na piaszczystej skarpie. Spoglądam z niej na rozciągające się po horyzont morze turzyc, falujące na wietrze niczym morskie fale. Nad nimi leniwie szybuje drapieżny błotniak wypatrujący swej potencjalnej ofiary.
Pewnie ten widok faceta siedzącego na wysokim drzewie bez wytłumaczalnego celu mocno zdziwił młodych kajakarzy którzy wypełźli właśnie na brzeg i odpoczywali tam po trudach wodnej wędrówki. Jednak nie widok zdziwionych kajakarzy zajmował mą uwagę, lecz obraz rzeki i szlachetnych ludzi którzy ujęli się za nią przepływał teraz przez mój umysł i łączył się z duchem miejsc zagrożonych zachłannością ludzi, które jak tutaj potrzebują pomocy konkretnych osób. Wyjeżdżając z tamtego miejsca wiedziałem, że rozdział w moim życiu o nazwie "Rospuda" nie został zamknięty.

Ptasiek

Ps.
W lipcu odbyło się spotkanie strażników miejsc przyrodniczo cennych w Jaśkach nad Rospudą, którego celem była ochrona doliny rzeki Rospudy przed projektem wybudowania tam obwodnicy drogowej dla miasta Augustowa. Obwodnica ta jest elementem drogi ekspresowej Via Baltica mającej połączączyć zachód Europy z krajami nadbałtyckimi. Cały ruch tranzytowy samochodów, w tym głównie TIR-ów, byłby puszczony właśnie tą trasą. Władze samorządowe Augustowa widząc możliwość pozbycia się z centrum miasta przejeżdżających ciężarówek zaprojektowały obwodnicę drogową, która przechodziłaby przez dolinę rzeki Rospudy. Aby to zrealizować drogowcy musieliby zbudować 300 metrowy most nad bagnami i samą rzeką, który zniszczyłby unikalne torfowiska i krajobraz doliny Rospudy, gdzie projektowany jest rezerwat przyrody oraz dokonałoby to fragmentaryzacji Puszczy Augustowskiej. Od trzech lat w tej sprawie trwa międzynarodowa kampania koordynowana przez Pracownię na Rzecz Wszystkich Istot.



Stabieńszczyzna

O obozie organizowanym razem z Waldkiem Czechowskim (Eko-Art.-Village) i Jolą Różycką (OnJaTy) pisze w tym numerze 13-letnia Dominika uczestniczka zajęć. Nie będę się więc powtarzać i opisywać tego, co się działo, chciałabym natomiast podzielić się z Wami moimi spostrzeżeniami innej natury.
Wiele osób przybywających z miast i próbujących coś robić w środowiskach wiejskich spotyka się w najlepszym przypadku z chłodną rezerwą i nieufnością. Często są postrzegani jako "miastowi", "cudaki", "wakacyjne zjawisko paranormalne znikające wraz z końcem lata". Jeżeli do tego są to osoby długowłose, dziwnie ubrane, niepalące(!), niepijące (!!), wegetarianie (!!!) i miast wieczorem oglądać TV walą w bębny, to już się sprawa mocno komplikuje. Najgorsza jest jednak wersja taka, że owi miastowi próbują ingerować w sprawy drażliwe (jak na przykład: alkoholizm czy prawa kobiet i dzieci). O! wtedy miejcie się na baczności drodzy przybysze z planety MIASTO!!!
My pojawiliśmy się na Stabieńszczyźnie niewielkiej wiosce na Suwalszczyźnie dwa lata temu jako przyjaciele Pana Reżysera (Waldka). Zaproponowaliśmy, że przez tydzień zajmiemy się miejscowymi dziećmi, które w ramach darmowych (?!) półkolonii mogą przychodzić do nas na zajęcia artystyczno przyrodnicze. Początkowo pojawiło się siedmioro dzieciaczków z zaprzyjaźnionych z Waldkiem rodzin. Każdego dnia ta liczba się zwiększała i na koniec mieliśmy już 17-osobową gromadkę. Zajęcia zakończyły się przedstawieniem, na które przyszła cała okolica (około 70 osób, na tamte tereny to naprawdę dużo). Było ognisko, wspólne tańce i śpiewy w sumie impreza na całego.
W tym roku przywitała nas 35-osobowa brać w wieku 3-15 lat. Sporo musieliśmy się nagimnastykować, by sprostać wyzwaniu, ogarnąć ten żywioł i zainteresować czymś ludzi w tak różnym wieku. Za cud można uznać, że jakoś się to udało. Jednakże rzeczą, która zadziwiła mnie najbardziej, był stosunek do nas miejscowych. Nie dość, że powierzyli nam niemal wszystkie swoje dzieci, to jeszcze codziennie spotykaliśmy się z dowodami niezwykłej sympatii. Byliśmy zapraszani na obiady, podwieczorki i kolacje, często dochodziło do tego, że dostawaliśmy po dwa lub trzy zaproszenia dziennie. Nasi gospodarze respektowali też nasze upodobania kulinarne, choć miejscowe rozumienie wegetarianizmu czasami rozmijało się z naszym. Bywały też sytuacje komiczne, jak na przykład bratanie się Ptaśka z miejscowymi mężczyznami, które odbyło się pod miejscowym sklepem i było uświetnione wodą ognistą i rybkami z puszki. Oczywiście o nieskorzystaniu z propozycji nie mogło być mowy! Apogeum nastąpiło, gdy pewnego dnia pojawiła się u nas delegacja wsi w postaci dwu sympatycznych pań wraz z dwoma półmetrowymi sękaczami w ramach podziękowania nam za pracę z dziećmi. Sękacze były wyśmienite a my wzruszeni. Podobnie jak w poprzednim roku, tak i teraz odbyło się święto wioski z występami dzieciaków, ogniskiem, śpiewami i super jedzonkiem przygotowanym przez gospodynie. Imprezę uświetnił wójt gminy, co może zwiastować szerszą współpracę. Kolejna rzeczą wartą odnotowania, bo chyba już niecodzienną, była propozycja miejscowych mężczyzn, że pomogą wyremontować pomieszczenie, w którym robimy zajęcia, a że są pośród nich prawdziwi spece, kolejny obóz ma szansę odbywać się już w porządnie do tego przygotowanym miejscu. Także wójt obiecał, że za rok da nam autobus na wycieczki.
Piszę to wszystko po to, aby pokazać, że wbrew temu co się sądzi i przeważnie doświadcza, jest możliwa fuzja miejscowych z miastowymi. I nie są tu przeszkodą odmienne poglądy, zachowania, a tym bardziej wygląd. Jeśli tylko damy się poznać jako ludzie solidni, chcący coś zrobić z korzyścią dla społeczności lokalnej, to społeczność ta zrewanżuje się zaufaniem i sympatią z nawiązką.

Asia


Obóz 2000

W poniższym opowiadani chciałabym opisać letni obóz 2000, który odbywał się na Stabieńszczyźnie. "Co robić w tak małej wsi jak Stabieńszczyzna?" to pytanie zadają sobie rodzice i dzieci gdy tylko zaczną się wakacje. Nie ma tu domu kultury czy miejsca spotkań. Na szczęście są tacy ludzie, którzy zajmują się zawodowo organizowaniem zajęć dla dzieci i młodzieży. Letnie obozy w naszej wsi organizowane są przez pana Waldemara Czechowskiego już drugi rok. Pan Waldek nie jest jedynym opiekunem. Zaprosił tu również Asie i Darka Matusiaków, którzy prowadza Ośrodek Działań Ekologicznych "Źródła" w Łodzi. Była też Jola Różycka, która uczyła nas robić rzeczy , praktycznie z niczego.
Obóz rozpoczął się 10 lipca. Codziennie przez pięć dni chodziliśmy na 10.00. Przez ten czas robiliśmy dużo ciekawych rzeczy. Pierwszego dnia (jak to jest prawe na każdym obozie) były zabawy z imionami, tak aby lepiej się zapoznać. Niektórzy chodzili już drugi rok (tak jak ja) więc było nam łatwiej. Później wspólnie rozstawiliśmy tipi. W następnych dniach robiliśmy podobne zabawy z imionami, a także inne, na przykład przeciąganie liny i gry z płachtą (np. zabawa z piłką, gra w liska i kurkę). Rysowaliśmy kredkami portrety i autoportrety. Jola pokazała nam jak robić pacynki. Zdecydowaliśmy, że w tym roku nie będziemy wystawiać sztuki. Każdy zaśpiewa piosenkę, powie wiersz lub zrobi jakieś przedstawienie gimnastyczne. Postanowiliśmy, że przedstawienie odbędzie się w sobotę o 19.00. Każdy znalazł cos do zaprezentowania. Pomiędzy zabawami i grami odbywały się próby. Przechodziły one bardzo pomyślnie. W piątek (dzień przed przedstawieniem) robiliśmy papier czerpany. Powstawał ze zmielonych gazet z wodą. Sitko zamaczało się w tej makulaturze i na jego cienkiej warstwie układało się wzory z roślin. Potem był suszony i prasowany. Nadeszła sobota, szósty dzień obozu. Przyszliśmy na 11.00, bo pan Waldek pojechał po muzyków: Anetę i Trevora. Aneta gra na akordeonie a Trevor na bębnie oraz przedstawia sztuki lalkami. Zaczęliśmy próby, ale nie daliśmy się zwariować. Oglądnęliśmy jeszcze fragmenty przedstawienia o panu ponczu (przedstawiał je wieczorem). Potem posprzątaliśmy galerię (salę) aż lśniło. Ustawiliśmy ławki. Jeszcze jedna próba (generalna) było o 18.00. Rodzice zaczęli schodzić się przed 19.00. gdy wybiła już ta godzina zaczęło się przedstawienie. Wszystkich zżerała trem. Na szczęście udało się nam dobrze zamaskować. Przedstawienie było świetne. Wszyscy dostali ogromne brawa. Ale najwięcej oklasków należało się filmowi pana Waldka i jemu samemu. Film ten nakręcony był w tamtym roku. Opowiadał o obozie i naszej małej ale jakże pięknej wsi. Nasza tygodniowa praca nie poszła na marne a nawet została wynagrodzona dyplomami. Chłopcy założyli zespół raperski specjalnie na to przedstawienie. Wiersze, piosenki i ćwiczenia zrobiły furorę wśród publiczności. Przedstawienie Trevora było o panu ponczu. Pan Poncz między innymi uczył swoje dziecko chodzić. Później było ognisko. Nikt nie przyszedł tu z pustymi rękoma. Każdy przyniósł jakąś przekąskę. Każdy wypchał swój brzuch smakołykami. Najszybciej znikały wafle i ciastka. Była tez muzyka. Aneta i Trev grali naprawdę super. Kto chciał tańczył, kto chciał śpiewał. Zagrali też "Hej sokoły". Tę piosenkę śpiewali wszyscy. Najwięcej jednak słuchaczy zebrał Trevor gdy zaczął grać na bębnie. Wszyscy klaskali do rytmu. Śpiewał bardzo szybko. Zresztą w takim samym tempie grał. Mi by się już dawno język poplątał. A on na dodatek śpiewał po angielsku. Pałeczki, którą grał w ogóle nie było widać, tak szybko nią machał. Za każdą piosenkę dostawał gorące brawa. Lecz gdyby słuchał naszych próśb o więcej, bisowałby do rana. Zabawa skończyła się o 23.00.
W niedzielę nie było zajęć. Zostały trzy dni wspólnej zabawy: poniedziałek, wtorek, i środa. Przez te radosne godziny Aneta uczyła nas tańców, na przykład poloneza, walczyka. Rysowaliśmy też co podobało nam się na ognisku (gra Trevora na bębnie, jedzenie) i co nam się nie podobało. Na następny dzień zaplanowana była wycieczka do kowala Henryka Karłowicza. Przed wyjściem podzielono nas na grupy. Każda grupa na drodze, polu znaleźć musiała to co napisane było na kartce, na przykład coc kwadratowego, coś niebieskiego, cos co przypomina Waldka. Pan Karłowicz opowiadał nam trochę jak odstraszył dziki z pola. Mówił tez o swoim zawodzie. Weszliśmy też do kuźni, widzieliśmy różne młoty, kowadło, palenisko. Później pokazał nam własnej roboty ozdobne zawiasy, przypominające lilie. Potem poszliśmy do lasu. Trochę się przeszliśmy i wróciliśmy do domów. W środę poszliśmy do posiadłości pana Waldka i szkicowaliśmy jezioro. Był to widok wprost zachwycający. Darek "Ptasiek" pokazał nam kamień (głaz), na który ja nigdy nie zwróciłam uwagi. Był on porośnięty różnymi mchami i porostami. W galerii zrobiliśmy kilka ćwiczeń aktorskich. A później… była dyskoteka. Nie wszyscy się bawili ale to ich strata. W ten ostatni dzień pożegnaliśmy się i było nam bardzo smutno, że to już koniec. Twarze rozjaśniała na tylko jedna myśl: "Za rok znów się spotkamy…"
W tym obozie uczestniczyło 35 dzieci od 3 do 15 lat. Zawarliśmy tu nowe przyjaźnie (niektóre przetrwają długo). Nauczyliśmy się dużo nowych rzeczy (gdyby takie lekcje były w szkole uczniowie pchaliby się na nie drzwiami i oknami). Odkryliśmy tu tez swoje talenty. Ten obóz dlatego był świetny, że było to na świeżym powietrzu, nikt nikogo do niczego nie zmuszał, a w zabawach uczestniczyli wszyscy. Myślę, że za rok będzie jeszcze lepiej. Choć wątpię w to, bo czy lepiej być może?

Dominika Rutowicz, 13 lat, Stabieńszczyzna



Nie wstydźmy się kiełbasy

W bieżącym numerze "biuletynu" możemy zapoznać się ze wspomnieniami jednej z uczestniczek letniego obozu na Stabieńszczyźnie. Ciekawy tekst trzynastoletniej dziewczynki, która opisywała jak bardzo podobała się jej ta forma wypoczynku a więc gratulacje dla organizatorów, że tak dobrze potrafili zorganizować czas wiejskim dzieciom. Naprawdę uważam takie inicjatywy za bardzo potrzebne, tym bardziej, że przyczyniają się do integracji lokalnej społeczności. Co mnie jednak zdziwiło to interwencja cenzorskich nożyc, które poskreślały w oryginalnym rękopisie (do którego przypadkowo dotarłem przeglądając papiery Gosi) te fragmenty, w którym dziewczynka opisuje, jak wszyscy piekli na ognisku kiełbaski, albo jak dzieci rysowały co im się najbardziej podobało na ognisku (koncert bębniarski, kiełbaski, jedzenie). Zastanawia mnie więc sens ograniczania wolności słowa w celu dostosowania wypracowania dziewczynki do jakiejś "poprawności ekologicznej". Czy celem była ochrona wegetariańskich oczu czytelników "biuletynu" przed okropnym słowem "kiełbasa"? Ale myślę, że wszyscy doskonale zdają sobie sprawę, że na wsi głównym przysmakiem nie są kotlety sojowe, a ulubionym napitkiem bynajmniej nie sok jabłkowy. A może chodziło o przekonanie czytelników co do ekologicznego charakteru projektów Waldka Czechowskiego? Cóż, też wydaje mi się, że przynajmniej te osoby, które w obozach organizowanych przez tegoż miały przyjemność brać udział doskonale wiedzą, że mimo wspaniałych osiągnięć na polu kultury i niewątpliwie szczytnych celów które działalności Waldka przyświecają, na kwestie ekologii ma on poglądy własne i dość oryginalne, nieco odbiegające od modelu ochrony przyrody, który mam nadzieję podziela większość członków "Źródeł". Chciałem wyrazić swój pogląd, że o ile działalność na rzecz małych społeczności jest jak najbardziej słuszna i popieram ją z całego serca, niekoniecznie jest to działalność ekologiczna, przynajmniej w moim rozumieniu tego słowa (stosując reductio ad absurdum można powiedzieć, że każda działalność jest ekologiczna od sprzeciwu wobec Unii Europejskiej, poprzez ćwiczenia karate, na popieraniu małych lokalnych zakładów mięsnych kończąc ale chyba nie o to tutaj jednak chodzi). Chciałbym więc zaapelować do osób mających zapędy cenzorskie nie wstydźmy się kiełbasy! Ludzie na wsi naprawdę ją lubią i nie ma niczego zdrożnego w spożywaniu jej w trakcie działań na rzecz integracji wiejskiej społeczności albo w trakcie zajęć artystycznych. Wszyscy zdajemy sobie sprawę, że jakiekolwiek próby edukacji ekologicznej mieszkańców "Polski C" nie mogą rozpoczynać się od pozbawiania ich ulubionego pożywienia. Nie stwarzajmy więc pozorów, że jednak mogą.

Xpert