Opowiadanie fantastyczne


Straszny Sen Odyseusza Źródelnego

Jak na grudzień mróz był straszliwy. Szedłem szybko od przystanku autobusowego, żeby jak najszybciej znaleźć się w ciepłym mieszkaniu, zrobić sobie gorącej herbaty, opatulić się kołdrą i zasnąć. Zasnąć i zapomnieć o wydarzeniach ostatniego tygodnia… Cóż, nie je pierwszy znalazłem się na bruku". Pieniądze z odprawy starczą jeszcze na dwa-trzy miesiące, potem będę chyba musiał stanąć pod pośredniakiem jak tłumy innych w mojej sytuacji. Ech, nie ma się co martwić na zapas jestem pracowity, zdolny, poradzę sobie jakoś.
Czy mi się zdawało, że tam w krzakach ktoś się poruszył? Człowiek? W taki mróz? Postanowiłem sprawdzić, choć coś mówiło mi, że nie powinienem tego robić może to jakiś bandyta? Z okrzykiem odskoczyłem gdy zobaczyłem parę przestraszonych oczu. Przez chwilę przypatrywaliśmy się sobie nawzajem. Choć wyglądał jak typowy dziad" poczułem do niego jakąś dziwną sympatię. Może mu jakoś pomóc? W takim cienkim paltociku na mrozie? Od jak dawna tu koczuje?
-Nie zimno panu? zapytałem? Mogę coś dla pana zrobić?
Wybełkotał coś niezrozumiale. Nie był jednak pijany. Nie był nawet brudny, po prostu lekko nieogolony. No i ubrany stanowczo zbyt cienko jak na taki mróz.
To był nagły impuls. Uświadomiłem sobie, że i ja jestem od dzisiaj bezrobotny.
-Niech pan wpadnie do mnie na herbatę. Mieszkam tuż obok. Bardzo proszę.
Stał i mierzył mnie wzrokiem. Potem coś błysnęło w jego oczach coś jakby wdzięczność i ulga.
-Dobrze. Prowadź pan powiedział zachrypniętym głosem.
Szliśmy zaśnieżonym chodnikiem, a ja zastanawiałem się czy nie robię błędu zapraszam obcego człowieka do mieszkania, przecież nic o nim nie wiem, przecież to może być złodziej. Czy sąsiedzi znajdą mnie jutro z rozbitą głową? Z drugiej strony, wyglądał tak porządnie. Cóż, teraz już jednak głupio byłoby się wycofać z propozycji. Zobaczymy pomyślałem trzeba wierzyć w ludzką uczciwość.

Posiedział trochę w kuchni, wypił herbatę z rumem. Nie był zbyt rozmowny. Chciałem poczęstować go obiadem, ale powiedział, że nie jest głodny. Siedział na krawędzi krzesła i wyraźnie czuł się niepewnie. W końcu zrobiło się późno więc wstał i chciał iść. Bałem się, że może zacznie mi jakoś wylewnie dziękować, a zawsze w takich sytuacjach czułem się niezręcznie. On jednak tylko stał w drzwiach w tym swoim cienkim paltociku. Olśniło mnie.
-Nie może pan wyjść na mróz w tym stroju. Mam płaszcz, który jest na mnie za mały. Może nie miałby pan nic przeciwko temu…
-Pewnie - przerwał szybko. Wziął płaszcz, który przyniosłem z szafy w pokoju i zaczął szybko zbiegać po schodach.
-Proszę pana! Proszę pana!- wołałem za nim. -Czy ma pan dzisiaj gdzie spać?
-Do widzenia. Dziękuję! - odkrzyknął z dołu.

Chyba brała mnie grypa. Szybko rozebrałem się i wszedłem do łóżka. Przed zaśnięciem połknąłem kilka tabletek. W nocy męczyły mnie jakiś koszmary.

Rano obudziło mnie pukanie do drzwi. Strasznie bolała mnie głowa i czułem się jakoś osłabiony. Za drzwiami stał mój wczorajszy gość.
-Mogę na chwilę? - wyglądał jakoś inaczej niż wczoraj. -Chciałem z panem porozmawiać.
-Proszę, proszę sytuacja była jakaś dziwna, ale przecież nie wypadało zamknąć mu drzwi przed nosem. Niech pan wejdzie. Tu, do pokoju.
Rozsiadł się na kanapie. Mam propozycję wyszeptał teatralnie.
-Słucham pana? nie podejrzewałem jeszcze niczego złego.
-Widzi pan, straciłem pracę i mieszkanie. Nie mam gdzie się podziać. Pomyślałem…
Patrzyłem na niego zdziwionym wzrokiem.
-Och, najmocniej przepraszam. Nie przedstawiłem się jeszcze. Ani wczoraj. Nazywam się Fred Anarczewski.
-Źródelny, miło mi. Wie pan, nie mam zbyt wiele czasu, prosiłbym żeby mówił pan wprost o co mu chodzi. No więc?
-Pomyślałem… Proszę mnie źle nie zrozumieć. Mieszka pan sam a widzę, że jeden pokój stoi prawie pusty. Ja jestem w trudnej sytuacji. Pomyślałem, że może przez jakiś czas, zanim nie stanę na nogi… Wie pan, trochę krępuję się pana o to prosić. Był pan dla mnie wczoraj taki dobry, ale…
-Proszę śmiało.
-No więc chciałem zaproponować… Skoro mieszka pan sam… Czy nie mógłbym przez jakiś czas u pana… nocować - wreszcie wykrztusił to słowo.
Zaskoczył mnie. Myślałem, że przyszedł prosić o pieniądze albo żeby załatwić mu jakąś pracę. Przecież prawie go nie znałem. Fred w jakiś dziwny sposób budził jednak zaufanie. Wciąż szumiało mi w głowie, chyba miałem gorączkę. Przez głowę przelatywały mi różne wspomnienia: ksiądz, który mówił o miłosierdziu bliźniego, matka która zawsze pomagała każdemu żebrakowi. I ta natrętna myśl: też nie masz pracy, też nie masz pracy, za parę miesięcy możesz być w takiej samej sytuacji co on.
Widział moje wahanie.
-Tylko na noc. Przyjdę, prześpię się w kuchni i rano znikam. Nie będę sprawiał kłopotu, naprawdę. Tylko parę tygodni zanim nie miną te najgorsze mrozy.
Pomyślałem że byłoby to nieludzkie kazać mu nocować na klatkach schodowych czy śmietnikach. W końcu nie zbiednieję od tego że facet przenocuje na rozkładanym łóżku w kuchni.
-Panie Anarczewski…
-Fred, proszę mówić mi Fred
-Dobrze, Fred. No więc wydaje mi się, że mogę zgodzić się na taki układ. Przychodzisz wieczorem, przed dziesiątą. Ja wstaję rano już o siódmej, więc Ty też wstań do tego czasu i bądź gotowy do wyjścia, żebyś nie blokował mi kuchni. Oczywiście nie dostaniesz swoich kluczy, więc nie wychodź nigdzie dopóki ja nie wstanę, bo zostawiłbyś otwarte drzwi. Odpowiada Ci to?
-Jasne! - rozpromienił się. - Nie wiem jak mam dziękować.
-Daj spokój, któregoś dnia może ty pomożesz mnie.


I tak Fred zaczął u mnie nocować. Początkowo nie sprawiał żadnego kłopotu. Przychodził wieczorem, rozkładał w kuchni polowe łóżko, rano zwijał swój majdan i znikał na cały dzień. Byłem zadowolony, że pomogłem człowiekowi. W tym czasie nie próżnowałem, szukałem pracy, brałem też różne zlecenia do domu i jakoś wiązałem koniec z końcem. Dla księgowego zawsze znajdzie się jakaś praca, choć na razie nie miałem szans na pełny etat w jakiejkolwiek firmie, w końcu nie byłem długonogą blondynką. Czasami siedziałem po nocach, żeby rozliczyć na następny dzień zlecone PITy. Słyszałem wtedy pochrapywanie Freda z kuchni.

Po dwóch tygodniach jacyś chuligani wybili szybę w kuchni i zamalowali moje nazwisko na domofonie. Cóż, osiedle nie należało do najbezpieczniejszych w mieście. Wprawiłem nową szybę, domofon naprawił dozorca.
Po paru dniach sytuacja się powtórzyła. Tym razem ktoś napisał farbą na drzwiach mieszkania "Fred ty chuju". Postanowiłem porozmawiać ze swoim sublokatorem. Nie poczuwał się specjalnie do winy.
-Tak, jest paru takich meneli którym zalazłem za skórę. Stare dzieje. Nie wiem jak mnie tu znaleźli. - Fred był trochę zniecierpliwiony. - Kup farbę to ci pomaluję drzwi na nowo i nie będzie sprawy.
-Będzie sprawa Fred, bo nie chcę żeby ktoś mnie nachodził. Poza tym sam kup tę farbę.
-No wiesz? Fred był szczerze zdziwiony Ja w przeciwieństwie do ciebie nie zarabiam. Taka farba to dla mnie spory wydatek. Możemy ewentualnie zrzucić się po połowie.
-Po połowie?
-Tak, tak, solidarnie. W końcu tobie też ktoś wybił okno. Jak widzisz ty też masz wrogów.
-Nie powiedziałem stanowczo. Albo odmalujesz na swój koszt drzwi, albo szukaj innej darmowej noclegowni.
Fred obraził się. Jednak na drugi dzień przytachał kubeł niebieskiej farby.
-Widzisz, kupiłem farbę oznajmił z dumą.
-Widzę, ale drzwi były zielone, a nie niebieskie - Fred zaczynał mnie denerwować.
-Spokojnie, domieszam żółtej farby i będą zielone - zapewniał pojednawczo.
-W porządku, ale uprzedzam, że jeśli zrobisz to niechlujnie, będziesz musiał pomalować raz jeszcze.

Rano obudził mnie głos Freda. Rozmawiał z kimś głośno przez telefon. Nie chciałem podsłuchiwać, ale mówił naprawdę bardzo głośno.
-… i wiesz, powiedział, że jestem niechlujny. No proszę, jestem niechlujem, brudasem. A priori założył, że pomaluję mu te drzwi nieładnie. No pewnie, taki brudas jak mógłby inaczej pomalować. W końcu jestem tylko niechlujem.
Wyszedłem z pokoju lekko zdenerwowany. Fred skończył już telefonować.
-Nie mówiłem, że jesteś niechlujny, tylko prosiłem, żebyś ładnie pomalował drzwi powiedziałem ostro. Po co te prowokacje?
Zmierzył mnie spojrzeniem.
-Wiesz co? Chyba już wychodzisz do miasta, prawda? No to wychodź.
Wyszedłem trzaskając drzwiami. Drzwiami własnego mieszkania ze ślicznym czarnym napisem "Fred ty chuju" na zielonym tle.

Dzień spędziłem stojąc w kolejce do kasy w administracji. Zapłaciłem czynsz za następny miesiąc (950 zł) z resztek odprawy, którą dostałem kiedy zwalniali mnie z pracy. Do domu wróciłem późnym wieczorem i miałem okazję podziwiać niebieskie zacieki będące nieudolną próbą zamalowania czarnego napisu. Drzwi wyglądały fatalnie. Dobrze chociaż, że Fred przy okazji zamalował mosiężnąwizytówkę, może nikt się nie dowie, że to właśnie ja tam mieszkam? Fred wrócił do domu niedługo po mnie. Miał dla mnie nowe propozycje.
-Chciałbym rozwiązać na przyszłość kwestie ewentualnych zniszczeń. Jak wiesz oboje mamy wrogów. Nie będziemy przecież za każdym razem dochodzić czy to twoi czy moi wrogowie zniszczyli drzwi. Proponuję żebyśmy co miesiąc składali się po dychu na ewentualne zniszczenia.
-Nie, dzięki Fred. Ja wolę płacić za siebie. A ciebie bardzo proszę, abyś również sam naprawiał szkody wyrządzone przez twoich "kolesi". I żebyś robił to porządnie.
Fred burczał coś pod nosem: -No tak, wszystko robię źle, to dlatego, że moja matka była Żydówką, wszyscy prześladują Żydów, powiedz po prostu że jesteś antysemitą, powiedz, że mnie nienawidzisz tak jak wszyscy, wiem, że najchętniej wysłałbyś mnie do komory gazowej.
Postukałem się w czoło i poszedłem do swojego pokoju. Fred jak zwykle rozłożył sobie polówkę w kuchni.
Rano Fred znowu chciał porozmawiać.
-Słuchaj, myślę, że to moje spanie w kuchni to jakieś nieporozumienie. Razem mieszkamy, tworzymy już prawie rodzinę. Czas skończyć z tym podziałem "ja", "ty". Mógłbyś zachowywać się bardziej solidarnie. Chyba byłoby sprawiedliwiej, żebym zamieszkał w drugim pokoju. Spanie w kuchni jest upokarzające. Mamy z sobą wiele wspólnego, ja miałem matkę Żydówkę, a podobno brat twojej prababci też miał żonę żydowskiego pochodzenia. Musimy pomagać sobie nawzajem w ramach integracji środowisk żydowskich.
-A będziesz płacił połowę czynszu?
-Nie żartuj. Jestem bezrobotny, a tobie jak widać powodzi się całkiem nieźle.
Tego było dla mnie za wiele. Mimo iż wciąż była zima, Fred wyleciał z mojego domu z hukiem. Kilka dni później lokalna gazeta opublikowała materiał o nieludzkim burżuju, który najpierw przygarnął bezdomnego, a potem kazał mu płacić za mieszkanie aż w końcu wyrzucił na trzaskający mróz. Fred opowiadał także w lokalnej stacji radiowej jak to dyskryminuje się w naszym mieście osoby pochodzenia żydowskiego. Ale przyzwyczailiśmy się już do tego, że są na świecie rasiści tłumaczył smutnym głosem.

Minęło kilka tygodni. Przyszła wiosna i świat się zazielenił, a i moje życie nabrało radośniejszych barw. Znalazłem wreszcie stałą pracę i oddaliła się perspektywa, że stanę się wzorem Freda bezdomny. Zresztą zapomniałem już całkiem o Fredzie, gdy pewnego dnia zadzwoniła mama. Dawno się nie widzieliśmy, więc zaprosiłem ją do siebie. Wyznała, że ma niespodziankę. -Wiesz synku, to już tyle lat od śmierci taty… Wychodzę drugi raz za mąż! On jest wprawdzie prawie w twoim wieku, ale i ja czuję się przy nim młodsza. Tak, oczywiście, przyjdę razem z Alfredem. Jest bardzo sympatyczny.
W niedzielę rano dzwonek do drzwi oznajmił przybycie mamy i jej narzeczonego. Otworzyłem drzwi. W progu, obok mojej uśmiechniętej matki stał równie rozpromieniony Fred. Poznałem ten błysk w oku, ten sam co wtedy, gdy zapraszałem go pierwszy raz na herbatę.
-Cóż, kochany, teraz będę twoim tatusiem! I częstym tutaj gościem. Twoja matka przybierze też moje nazwisko. Wypadałoby, żebyś i ty nazywał się teraz Źródelny-Anarczewski, prawda?
-Nieeeeeeeeeeeeeeee! Ratunku! Ratunku! To musi być sen!
-Ratunku!!! Help! Hilfe!
Leżałem w łóżku, zegar pokazywał godzinę siódmą, ale za oknem było jeszcze ciemno. Tyle śniegu na dworze? W marcu? Dlaczego na kalendarzu jest wciąż grudzień?
Obok łóżka stała szklanka z wodą i opakowanie po tabletkach. W głowie huczało. Grypa. Tknięty złym przeczuciem pobiegłem do kuchni. Ani śladu Freda. Tylko na podłodze ślady buciorów, na stole kubek z niedopitą herbatą z rumem.

Krzysztof Wychowałek