Różności

Eko-wandalizm

Na temat "metod działania" spierać się można długo. Na przykład dla jednych ostra uliczna demonstracja przynosi więcej szkody niż pożytku, dla drugich zaś jest podstawowym narzędziem walki o Przyrodę. Do tej pory spieraliśmy się jednak raczej o to, czy coś nie przynosi szkody raczej wizerunkowi naszej organizacji, czy ułatwia nam późniejszą edukację ekologiczną, czy nie zaczynamy być później odbierani jako "oszołomy" itp. Nie było sporów, czy jakieś działanie odbierane jako pro-ekologiczne przez jednych nie jest niszczeniem środowiska według drugich (nie spieraliśmy się o to oczywiście jedynie wewnątrz naszego Ośrodka, bo takie spory są oczywiście prowadzone od lat np. wędkarze są przekonani, że zabijając ryby chronią środowisko, podobnie jak hydrotechnicy przekonują, że kaskadyzacja Wisły przyniesie korzyści Przyrodzie itp.)
Jednak ostatnio zostały przekroczone pewne granice, granice wandalizmu i chuligaństwa, i w ostatni dzień mojej wiceprezesury w tym stowarzyszeniu chciałem złożyć oficjalne oświadczenie, że całkowicie odcinam się od działań przeprowadzonych w dniu 13 listopada w Spale przez naszego prezesa i dwóch innych członków stowarzyszenia. Jestem przerażony, jak poważne bądź co bądź osoby mogły dopuścić się tak odrażających w moim mniemaniu czynów. Nie znajduję słów, żeby opisać moje zdegustowanie. Jest mi bardzo przykro z tego powodu i poważnie zastanawiałem się nawet, czy nie zrezygnować w ogóle z członkowstwa w stowarzyszeniu.
Tego chuligańskiego wybryku nie można nawet nazwać "akcją bezspośrednią". Jest to moim zdaniem najbardziej głupie i bezsensowne działanie przeprowadzone przez członków Ośrodka "Źródła" od momentu jego powstania. Wstyd mi, że doszło do czegoś takiego.
Ci, którzy znają sprawę, wiedzą o co mi chodzi, innych zaś nawet wstyd mi o tym informować. Po prostu byłoby mi głupio wobec PT Czytelników wyjawić jakiego zachowania dopuszczają się związane ze Źródłami" osoby.
Chciałem powiedzieć, że choć nie popieram, to rozumiem stosowanie "metod bezpośrednich", często niezgodnych z prawem w celu ratowania Przyrody. Dopuszczam stosowanie nawet akcji terrorystycznych pod jednym wszakże warunkiem: musi nie być innego sposobu zaradzenia złu. Zanim się coś zniszczy, należy dowiedzieć się z kilku, pewnych źródeł w jaki sposób dana rzecz zagraża środowisku, i w jaki sposób można temu przeciwdziałać. Dopiero gdy okaże się, że sprawa jest tego warta i nie ma innych skutecznych środków działania wtedy można sięgnąć po środki siłowe.
Jednak nie znajduje usprawiedliwienia dla celowego niszczenia Przyrody w imię własnego chwilowego widzimisię. Takiemu barbarzyństwu mówię zdecydowane NIE.

Xpert


Grunt to dobre samopoczucie

W wakacje uczestniczyłem w II Pikniku Obrońców Praw Zwierząt, który odbył się w Bożewie koło Płocka. Krótką relację z pobytu napisałem do wrześniowego "biuletynu". I nie byłoby sensu wracać do tej sprawy, gdyby nie to, że "biuletyn" dotarł również do "Klubu Gaja" bielskiej organizacji w swoim czasie głośnej z kampanii na rzecz uchwalenia nowej ustawy o ochronie zwierząt. Klubowi Gaja nie spodobał się nasz "biuletyn" został bowiem uznany za "zabawną lekturę". Cóż, de gustibus non est disputandum. Jednak ponieważ w organie "Gai" biuletynie "Współodczuwanie" zostaliśmy odsądzeni od czci i wiary za to, iż ośmieliliśmy się wypowiedzieć nieprzychylnie o tej organizacji, należą się tu PT Czytelnikom pewne wyjaśnienia.
Otóż podczas spotkania w Bożewie przybyli licznie z różnych stron Polski pro-zwierzęcy aktywiści (przedstawicieli "Klubu Gaja" zabrakło) narzekali zgodnie na przepływ informacji związany z pewną kampanią prowadzoną przez "Klub Gaja", a dotyczącą zbiórki podpisów pod inicjatywą obywatelską w sprawie zakazu eksportu żywych koni z Polski. Otóż w Konstytucji RP jest zapis dający możliwość grupie 100 tysięcy obywateli zgłaszania własnych projektów ustaw do rozpatrzenia przez Sejm. Z tej właśnie drogi chciał skorzystać Klub Gaja domagając się zakazu eksportu żywych koni. Opracował więc petycję, na której wyraźnie stoi, że jest to inicjatywa ustawodawcza Klubu Gaja" i rozpowszechnił ją wśród organizacji zajmujących się zwierzętami. Niestety, zaraz potem Sejm ustalił szczegółowe warunki w jaki sposób ma przebiegać takie zbieranie podpisów i okazało się, że np. trzeba najpierw zarejestrować u Marszałka Sejmu specjalny komitet, a dopiero potem zbierać podpisy, na co jest określony dość krótki czas 3 miesięcy. Niestety, z Klubu Gaja nie popłynęły już w ślad za petycjami dalsze wytyczne jak w nowej sytuacji prawnej zbierać podpisy pod taką inicjatywą ustawodawczą", zgodnie ze znaną zasadą działaczu, radź sobie sam". Zdezorientowani uczestnicy spotkania w Bożewie pytali się więc siebie nawzajem co teraz? Czy dalej zbierać podpisy pod bezwartościową petycją czy też może Klub Gaja ma jakieś inne plany co do tych podpisów?. Niestety, odpowiedzi się nie doczekali. To zdezorientowanie działaczy znalazło wyraz w napisaniu przeze mnie w relacji ze spotkania następującego zdania: … zżymano się jednocześnie na zły przepływ informacji w sprawie prowadzonej przez Klub Gaja kampanii dotyczącej zakazu eksportu koni".
Niestety, przewrażliwiony na punkcie krytyki "Klub Gaja" odebrał to jako poważny atak na swój image. Czytelnikom "Współodczuwania" wyjaśniono również, że "Klub Gaja" podpisy zbiera i wykorzystuje je jak zwykle "dobrze". Członkom "Klubu Gaja" życzymy więc dalszego tak dobrego samopoczucia i sukcesu prowadzonych przez nich działań.
I jeszcze tytułem wyjaśnienia polskie prawo nie zezwala gminom na wydawanie zakazu występów na ich terenie cyrków z tresurą zwierząt. Byłoby to bezprawne naruszenie swobody działalności artystycznej. Nie ma więc w Polsce żadnego miasta, gdzie legalnie obowiązywałby taki zakaz. Warto o tym pamiętać, zanim przystąpi się do kolejnej zbiórki podpisów w sprawie, która z góry nie ma szans na powodzenie.

Xpert