Rumunia

Dziki Zachód Europy Wschodniej?
Wbrew wielu obiegowym opiniom Rumunia nie jest krajem dzikim, biednym i niebezpiecznym. Przekonaliśmy się o tym na własnej skórze, w czasie trzytygodniowych wakacji podczas których przejechaliśmy ojczyznę Draculi z północy na południe i ze wschodu na zachód. Oczywiście przed wyjazdem nasłuchaliśmy się dobrych rad i ostrzeżeń, na szczęście nie miały one pokrycia w rzeczywistości. Wróciliśmy w całości, bez uszczerbku na zdrowiu, nikt nas nie okradł i nie oszukał (poza jednym kelnerem w Konstancy). Tak więc z czystym sumieniem możemy śmiało polecać ten kraj wszystkim, których nie zadowalają wczasy w nadmorskim kurorcie. Rumunia nie jest wcale tak daleko jak się nam zazwyczaj wydaje. Można się do niej dostać przez Ukrainę, bądź przez Słowację i Węgry. Osoby, które na wakacjach chcą odpocząć mogą pojechać bezpośrednim pociągiem lub autobusem z Warszawy do Bukaresztu, ci zaś, którzy wolą zaoszczędzić na podróży, a dopiero potem przehulać swe oszczędności spokojnie w ciągu niecałej doby dojadą do Rumunii lokalnymi pociągami (co jest wielokrotnie tańsze niż przejazd pociągiem międzynarodowym). Naturalnie można dostać się tu też stopem, w tym jednak przypadku niestety trudno określić jak długo podróż będzie trwała. W Rumunii obowiązuje stawka za okazję tj. 1000 lei (ok. 25 gr.) za 5 km. Pociągi Rumuńskie też są o wiele tańsze niż w Polsce do tego stopnia, że nie mając 50 % ulgi i jeżdżąc pierwszą klasą płaciliśmy połowę mniej niż w Polsce za drugą klasę. A rekordy tanizny biją pociągi osobowe (tam zwykle nie ma 1 klasy), można w nich przy okazji poznać prawdziwą Rumunię, pociąg zatrzymuje się w szczerym polu, wsiadają rumuńscy chłopi, Cyganie z workami. A co najważniejsze można obejrzeć piękny krajobraz, raz nizinny, raz górski, deltę Dunaju. Mają też rumuńskie koleje jeden, za to ogromny mankament, a mianowicie system sprzedaży biletów. Jest on na tyle skomplikowany, że nie będę go tu opisywać. O szczegółach już niedługo będzie można przeczytać na stronie http://republika.pl/rumunia/
Wegetarianie nie będą mieli problemu z kupnem jedzenia, gdyż w każdym mieście znajdują się targi, na których bez problemu można zaopatrzyć się w warzywa i owoce, tańsze niż u nas. Nie ma też problemu, z kupnem ciepłych posiłków - problemem może być tylko odgadnięcie, które danie z karty jest mięsne, a które nie. Bezpiecznym wyjściem jest jedzenie pizzy. W każdej pizzerii znajdzie się margarita, wegeratiana bądź funghi. Są za to trudności z odnalezieniem soku. Na prośbę o juice, pani kelnerka z pewnością odpowie: fanta? cola? sprite? Nie zrażajcie się jednak, soku można się napić, trzeba tylko poprosić o nektar. Nam udało się to rozszyfrować dopiero w ostatnich dniach pobytu w Rumunii. Niestety także miłośnicy herbaty nie będą pocieszeni. Można kupić herbatę, lecz będzie ona nalana z dzbanka letnią lurą z kilkoma łyżeczkami cukru. Ewentualnie, jeśli gdzieś uda wam się namówić panią do zaparzenia herbaty nie cieszcie się zawczasu, gdyż może się okazać, że napój zostanie wam zaproponowany w dwóch wersjach warm i very warm, przy czym nie należy się łudzić, że będą się nadawały do wypicia, gdyż żadna z nich nie jest zalewana wrzątkiem. Za to można spotkać tanią i wyśmienitą prawdziwą kawę cappuccino.
Należałoby wreszcie przejść do rzeczy, czyli do tego, co można w Rumunii zobaczyć i gdzie pójść czy pojechać. Domyślacie się chyba, że lista ta będzie bardzo wybiórcza i subiektywna. Po pierwsze, mogę pisać tylko o tym co sama zobaczyłam, a nie było tego w sumie aż tak dużo jak by się wydawało, a po drugie to co mnie się podobało niekoniecznie spodobać się musi każdemu, ale zawsze warto pojechać, obejrzeć i porównać wrażenia. Jadąc przez Ukrainę docieramy najpierw do rumuńskiej Mołdawii i tu najwspanialsze są malownicze krajobrazy. Jeśli będziecie mieli okazję przejechać się pociągiem z Suczawy do Jassy to polecam, niezapomniane wrażenia. Warto przejść się Bulevardul Stefan cel Mare w Jassy. Jadąc nad Morze Czarne mijamy deltę Dunaju. Niestety jak wygląda musicie sprawdzić sami, my przejeżdżaliśmy tamtędy ciemną nocą, pociągiem, więc sami rozumiecie. Morze zaś jest ciepłe (ok. 25oC), na plaży od groma muszelek jak i ludzi. I wszyscy brązowi. Trzeba szybko przemknąć się do wody, by nikt nie zauważył naszych białych kończyn, pleców, brzuchów... Nadmorskie kurorty leżą co kilka, kilkanaście kilometrów, z każdego z nich można dostać się busem do Konstancy, gdzie jest co zwiedzać i oglądać, oglądać i zwiedzać. Ja najbardziej polecam Muzeum Etnograficzne (Muzeul de Artă Populară), widok z minaretu tamtejszego meczetu i Latarnię Genueńską. Omijając Bukareszt, a szkoda (nie zobaczyliśmy sławnego Domu Ludowego - jednego z największych na świecie budynków i to w stylu stalinowskim) dostaliśmy się do serca Rumunii czyli Transylwanii. I ten właśnie kawałek należy zwiedzić w pierwszej kolejności. Braszów - to taki nasz Kraków, cały ładny ( i koniecznie wypić cappuccino w pizzerii Iulia). Przestrzec tylko należy przed pochopnym wydawaniem pieniędzy na kolejkę Timpa. Wszyscy co prawda zachwalają widoki z kolejki, ale zapominają dodać, że widok jest tylko z kolejki (tj. około 1,5 minuty), z góry można popatrzeć tylko i wyłącznie w karty licznych restauracji i kawiarni. Panoramy miasta nie widać. Kolejny nieodzowny punkt programu to Sighişoara, chyba jeszcze piękniejsza od Braszowa, mniejsza, skromniejsza, z magicznymi zaułkami, kolorowymi domami, muzeum w wieży zegarowej. I co dla wielu najważniejsze - tu urodził się Wład IV Palownik czyli legendarny książę Dracula, którego ślady możemy napotkać co krok. W okolicy jest jeszcze wiele innych pięknych, malowniczo położonych miasteczek. Jednym z nich jest Bran z bajkowym wręcz, średniowiecznym zameczkiem. Podobnie Rişnov, Sybin, Sinaia. Nasza podróż zakończyła się w maleńkiej wiosce Banatu - nizinnej krainy, zachodniej bramy Rumunii. W tej okolicy rozpoczęła się 1989 roku rewolucja Rumuńska w wyniku której obalono Ceauşescu. Na prowincji zobaczyliśmy znów trochę tej prawdziwej Rumunii, m.in. pasterzy wśród stad świń czy owiec. Stąd wyruszyliśmy w powrotną drogę przez Węgry. I dopiero tu mieliśmy pierwsze poważniejsze kłopoty z porozumieniem. Okazuje się, że język rumuński jest zadziwiająco prosty, a więc Bun drum! -czyli szczęśliwej podróży.
Gosia


PS. Czekam na Wasze teksty opisujące ciekawe zakątki, które możecie polecić innym