różności

Tekst lekko prowokujący
Przez ostatnie wakacje miałam "przyjemność" sporo podróżować koleją. Jak dla mnie była to dawka wstrząsowa. Każdy, kto korzysta z usług PKP, wie, co to oznacza. Według mnie, to, co się dzieje w pociągach, to skandal. Za niemałe w końcu pieniądze jadę nocą dwa razy dłużej niż samochodem w brudzie i smrodzie, nie mając nawet możliwości umycia rąk bo nie ma ani wody ani mydła. Gdy już uda mi się zasnąć w paralitycznej pozycji ignorując niedomykające się okno i dym z korytarza w wagonie dla niepalących (co oznacza, że ewentualnie nie pali się w przedziałach, za to na korytarzach kopci się jak lokomotywa), co godzinę wpada konduktor, zapala jarzeniówkę i po raz piąty sprawdza bilety. Oczywiście pewną winę za brud i zniszczone sprzęty ponoszą podróżni, ale to samo mogliby powiedzieć pracownicy każdej publicznej instytucji, z której korzystają ludzie np. banku. Niestety w każdym społeczeństwie są osobniki prymitywne i złośliwe, ale jest na to rada: po pierwsze trzeba mienia pilnować, po drugie: SPRZĄTAĆ!!! Natomiast winę za wszelkie inne niedogodności tj. godzinne postoje w środku pola, brak kuszetek i warsu na 500-kilmetrowej trasie Łódź - Zagórz, z której często korzystam, itd. ponosi firma PKP.
Dlaczego o tym wszystkim piszę? Nie dlatego, żeby się pożalić, jak byłam zmęczona podróżując pociągami, ale dlatego, że ruch ekologiczny wskazuje na transport zbiorowy, na kolej w szczególności, jako na rozwiązanie problemów komunikacyjnych. Ale kochani ekolodzy - z czym do ludzi? Jak ja mam przekonać posiadacza luksusowej Toyoty, żeby przesiadł się do śmierdzącego pociągu albo zatłoczonego tramwaju, w którym ja po 15 minutach jazdy w hałasie zagłuszającym myśli, duchocie i wstrząsach dostaję bólu głowy? Idąc dalej - jak ja taką osobę mam przekonać, żeby jechała wielką cysterną albo busem dostawczym dziurawą drogą wiodącą przez ludne wsie i centra miast i nie marzyła po cichu o autostradach? Co my mamy do zaproponowania tym osobom? Podróż w warunkach, od których mi - osobie mało wymagającej, nienawykłej do luksusu i wyedukowanej ekologicznie robi się niedobrze? Nie mam ochoty namawiać ludzi i reklamować bubla, jakim jest produkt oferowany przez tzw. transport zbiorowy. A jako "dyżurny ekolog" w rodzinie i wśród znajomych, często muszę odpowiadać na takie pytania. Jeśli ktoś zna na nie odpowiedzi, proszę o pilny kontakt.
Asia.


O tym jak jedno bagno - UE, wcale nie jest gorsze od drugiego bagna - współpracy ze skrajną prawicą.
Trzeciego września 1999 r. Odbył się w Wałbrzychu Drugi Kongres Opozycji Antysystemowej pod tytułem "Razem przeciw Unii Europejskiej". Pojechał na niego Rafał Górski z Towarzystwa Ekologicznego w "Obronie Ziemi". Tematem spotkania było jak nie dopuścić do uczestnictwa Polski w UE. Debatowali wspólnie anarchiści-ekolodzy i zwolennicy skrajnej prawicy (nie chcę pisać faszyści, nacjonaliści, rasiści). Kiedy o tym usłyszałam (sama nie uczestniczyłam w tym spotkaniu) w pierwszej chwili nawet się ucieszyłam, myśląc sobie, że wymaga to niezwykłej tolerancji i odrzucenia własnych uprzedzeń w imię współdziałania dla jednego celu. Jednakże wkrótce zmieniłam zdanie. Nie ma takiej sprawy, dla której poświęciłabym wartości, w które wierzę i które są dla mnie niepodważalne, jak na przykład wolny wybór. Niestety wartość ta jest całkowitym zaprzeczeniem wartości, w które wierzy skrajna prawica. Cechuje ich coś, czego nie jestem w stanie pominąć w swoim działaniu, jest to ich nienawiść połączona z agresywną jej manifestacją, do innych ludzi, za kolor skóry czy wyznanie religijne.
Może okażę się trochę staroświecka z tym poglądem, iż trzeba mieć coś czego będzie można się trzymać jak koła ratunkowego w razie nagłej powodzi, dla jednych jest to Bóg, dla mnie poczucie wolności. Jeśli dostałabym wybór pomiędzy totalitarnym państwem ekologicznym, a absolutnie kapitalistycznym krajem, ale stworzonym dzięki wolnemu wyborowi (nie chcę rozwodzić się na temat, że może ten wybór być złudny) to wybrałabym tę drugą opcję. Dlatego jestem zdania, że potrzebna jest ogromna determinacja do podejmowania się działań, które mogą zniszczyć to co udało się zbudować obrońcom przyrody w ciągu tych wszystkich lat pracy na wizerunek polskiego ekologa (oczywiście nie jest on jednolity). Trzeba będzie kontrolować sytuację, żeby nie popaść w schizofrenię i nie zwariować gubiąc się w zawiłościach działania, co jest prawdą a co kłamstwem. Kontrola ta też musi dotyczyć bardziej bezpośrednich zachowań, żeby nie okazało się na przykład, iż na ulotce pod którą podpiszą się anarchiści znajdzie się hasło "Nie chcemy do Unii, bo Unia to Żydy".
Nie wierzę, że wszystko będzie pod kontrolą, może... Rafał argumentował, że nadszedł najwyższy czas wyjścia poza własne getto i należy zacząć współpracować z innymi grupami społecznymi. Zgadzam się, ale jednocześnie jestem zwolennikiem wybierania między naszymi potencjalnymi kooperatorami. Nie zgadzam się aby w ogóle nie brać pod uwagę wartości, w które wierzą nasi partnerzy. Można się różnić, nawet należy, ale uważam, że podstawy, z których jesteśmy zbudowani powinny być takie same, używając przykładu Rafała, współpracujemy z ludźmi, którzy jedzą mięso, jeżdżą samochodami czy wierzą w Boga jedynego. Te różnice są widoczne, ale nie są podparte ideologią i nasi partnerzy nie mają zamiaru niszczyć innych z powodu tych różnic. Tak jest natomiast w przypadku skrajnej prawicy, większość z nich oddałaby swoją skórę za to by Polska była tylko dla Polaków, a świat był wolny od ludzi wyznania mojżeszowego.
Ponieważ chciałam zachować odrobinę obiektywności zapytałam o opinię w tej sprawie osoby spoza grona ekologów, zwykłego pracownika w fabryce, osobę z wyższym wykształceniem po czterdziestce i zaraz po skończonych studiach, osobę ze szkoły średniej oraz osobę po sześćdziesiątce. Wszystkie potwierdziły moją obawę, że jeśli tylko media się dowiedzą, a za nimi obywatele polscy to na pewno stracimy bardzo wiele na wizerunku, jeśli nie wszystko, co do tej pory wypracowaliśmy, choć i to nie jest czymś zadowalającym (postrzeganie nas jako oszołomów i radykałów) i że to na pewno nie uratuje Polski przed wejściem do struktur UE.
Dlatego choć uważam, że bez prób nie ma błędów jednak czasami wydaje się, że części błędów wyraźnie moglibyśmy uniknąć bez dokonywania prób ich przeprowadzenia. Jednym z nich jest współpraca ze skrajną prawicą. Nie uważam żeby ta gra (dla mnie śmiertelnie poważna) była warta świeczki. Może skrajna prawica jest tak samo zła jak UE? A może dla niektórych państwo totalitarne jest lepsze od UE?
Jestem bardzo ciekawa dalszego przebiegu sprawy i sama nie wiem czy życzyć sukcesu czy porażki, bo nie wiem, co było by lepsze dla przyrody.
Mona - Monika Gorzelańska


Środowiskowy bilans hipermarketyzacji
Aby dokonać nawet najbardziej ogólnego, środowiskowego bilansu procesu hipermarketyzacji konieczne jest przyjęcie jakiegoś punktu odniesienia. Dla przedstawicieli organizacji ekologicznych jest nim koncepcja rozwoju zrównoważonego.
Mimo, iż pojęcie rozwoju zrównoważonego staje się ostatnio terminem modnym, a więc niestety wypranym z istotnej treści, ma ono swoje określone znaczenie. W tym miejscu warto przypomnieć, iż pojęcie to oznacza taki sposób prowadzenia wszelkiej działalności ludzkiej, który równorzędnie bierze pod uwagę ekonomiczne, ekologiczne oraz społeczne konsekwencje tejże działalności. Tak więc postulat rozwoju zrównoważonego zrywa z dotychczasowym prymatem racji ekonomicznych wyrażanych wyłącznie językiem danych ilościowych, zaś bez związku z jakością życia ludzi oraz stanem życia w ogóle (stanem ekosfery). Ważnym założeniem rozwoju zrównoważonego jest także równorzędne respektowanie potrzeb obecnego jak i przyszłych pokoleń ludzkich. Do takiej wizji rozwoju cywilizacji nie przystaje niestety obecny mainstream gospodarczo - polityczny zarówno Polski, jak i świata. Zdajemy sobie jednak sprawę, że dotychczasowy typ rozwoju gospodarczego jest możliwy do utrzymania jedynie na krótką metę. Postępujące wyczerpywanie się pojemności ekologicznej planety prędzej czy później zmusi nas do generalnej zmiany cywilizacyjnej. Zdaniem organizacji ekologicznych znacznie lepsza będzie sytuacja, gdy respektowanie zasad rozwoju zrównoważonego nastąpi prędzej. Później może być po prostu za późno. W tym miejscu należy podkreślić, że zarówno rząd polski, jak i liczne samorządy poszczególnych gmin są sygnatariuszami tzw. Agendy 21, czyli deklaracji prowadzenia polityki zrównoważonego rozwoju, powstałej na Szczycie Ziemi w Rio de Janeiro w 1992 r. Tak więc od strony prawnej mamy obecnie sytuację, w której władze różnych szczebli zobowiązały się do wprowadzania zasad zrównoważonego rozwoju. Są to jednak zobowiązania bardzo ogólne. Jak w praktyce wygląda wdrażanie wspomnianych zasad, możemy się przekonać m.in. na przykładzie zachodzącego obecnie procesu hipermarketyzacji.
Pora teraz zastanowić się, jak koncepcja rozwoju zrównoważonego odnosi się do naszej, lokalnej sytuacji oraz jaki ma związek z obserwowanym rozwojem handlu wielkopowierzchniowego. Istotą idei zrównoważenia rozwoju gospodarczego jest przede wszystkim skoncentrowanie się na możliwościach i potrzebach społeczności lokalnych. Ekologiczna koncepcja rozwoju przyjmuje za punkt odniesienia całość naszego otoczenia - naszego "oikosu", czyli lokalnego "domu" - lokalnej społeczności powiązanej z obszarem zamieszkania i jego bogactwem przyrodniczym oraz kulturowym. W tej całości mieści się zarówno lokalna ekonomia, ochrona przyrody, troska o zdrowie społeczeństwa czy o jego poziom życia a także ochrona jego wartości kulturowych. Jednak tym, co wyróżnia koncepcję ekologiczną jest bezprecedensowe uznanie lokalnej społeczności w powiązaniu z lokalnym środowiskiem za swoiste centrum zainteresowania i ochrony.
A więc idea ta jest bardzo bliska nurtowi samorządowemu. Warto także zauważyć, że stawiając na pierwszym miejscu stabilność ekonomiczną, ekologiczną oraz społeczną lokalnej wspólnoty stajemy w opozycji do wszelkich tendencji centralistycznych, czy wręcz globalizacyjnych.
W tym miejscu dochodzimy do pytania o środowiskowy bilans hipermarketyzacji. Od kilku lat na obszarze aglomeracji Trójmiasta powstają wielkopowierzchniowe obiekty handlowe. Ich lokalizacja spowodowała znaczne zmiany w lokalnej ekonomii, wpłynęła na środowisko, jest także istotna społecznie. Poniższe podsumowanie nie wyczerpuje na pewno wszystkich skutków procesu hipermarketyzacji. Mamy jednak nadzieję, że jego wartością jest podejście całościowe, podsumowujące wpływ centralizacji sieci handlowej na rozmaite dziedziny życia oraz środowisko.
Na wstępie chcielibyśmy skoncentrować się na wpływie funkcjonowania hipermarketów na lokalną ekonomię. Od stabilności ekonomicznej zależy bowiem jakość życia społeczeństwa, którą to koncepcja zrównoważonego rozwoju uznaje za wartość samoistną. Od siły gospodarczej regionu zależą też zdolności adaptacji do sytuacji przekroczenia pojemności ekologicznej, która to sytuacja będzie narastać w przyszłości. Mówiąc zaś wprost - musimy być bogaci, aby zapewnić sobie odpowiednią jakość życia oraz możliwość całkowitej przebudowy gospodarki wymuszonej osiągnięciem ekologicznych barier wzrostu. Jak więc na tym tle przedstawia się działalność wielkich, międzynarodowych sieci handlowych, które szturmem zdobywają miejsce na naszym rynku? Przede wszystkim wywołuje ona istotny odpływ kapitału poza obszar działania lokalnej ekonomii. Ewentualny zysk tych firm zostaje pomniejszony o podatki. Niestety w większości zasilają one budżet centralny lub budżety odległych gmin, w których zarejestrowane są centrale międzynarodowych firm handlowych. W przeciwieństwie do zysków firm lokalnych dochody międzynarodowych sieci handlowych są w większości wycofywane z lokalnego obiegu gospodarczego. Stają się kroplą w morzu anonimowego kapitału, który równie dobrze może być reinwestowany na Wybrzeżu, jak i na antypodach. Oczywiście istnieje także druga strona medalu, bowiem lokalni pracownicy wielkich firm mogą stać się ich akcjonariuszami i z tego tytułu czerpać udział w ewentualnych dochodach tych przedsiębiorstw. Trudno jednak nie zauważyć, że jest to bardziej chwyt propagandowy niż realna możliwość poważniejszego wzbogacenia się szerszych grup pracowników. Akcje, w posiadanie których może wejść lokalny personel, mają raczej charakter ozdobnika kryjącego fakt braku jakiegokolwiek istotnego wpływu na scentralizowane zasoby środków produkcji (usług, handlu), które są jednocześnie poddane anonimowemu zarządzaniu. Jakże odmienny jest to stan od funkcjonującego obecnie lokalnego rynku, na którym mamy do czynienia z wielką liczbą małych i średnich, rodzimych przedsiębiorstw opartych często na rodzinnym kapitale. Przedsiębiorstw ściśle sprzężonych z lokalną ekonomią i wręcz ją napędzających. Tymczasem rozrastające się sieci hipermarketów wypierają z rynku całe grupy firm właśnie o lokalnym i regionalnym zasięgu. Hipermarketyzacja odbywa się przede wszystkim kosztem miejscowych hurtowników. Wielkie sieci handlowe posiadają zazwyczaj własne, ogólnokrajowe centra dystrybucji, które skutecznie eliminują regionalnych pośredników. Rozbudowa wielkopowierzchniowych obiektów handlowych odbywa się także kosztem miejscowego handlu detalicznego. Z rynku wypierane są głównie średnie i duże sklepy dzielnicowe, domy towarowe, centra handlowe utworzone przez lokalne związki kupieckie. W stosunkowo korzystnej sytuacji znajdują się sklepy specjalistyczne oraz małe sklepy osiedlowe, które są znacznie bardziej odporne na konkurencję dużych sieci ze względu na specyfikę wysokiej jakości oferty bądź szczególnie dobrą lokalizację w bezpośredniej bliskości miejsca zamieszkania klientów. Jednak każdy spadek obrotów w lokalnej sieci handlowej odbija się na obrotach i kondycji finansowej miejscowych hurtowników. Ich rozwój zostaje zahamowany ze względu na przejęcie części rynku przez hipermarkety zaopatrujące się poprzez własne centra dystrybucyjne, niezależne od lokalnych hurtowni. Zmniejszenie obrotów miejscowego handlu detalicznego i hurtowego w prostej konsekwencji powoduje wzrost bezrobocia. Jest ono oczywiście kompensowane w pewnym stopniu tworzeniem nowych miejsc pracy w obiektach wielkopowierzchniowych. Jednak bilans tego procesu jest zdecydowanie ujemny. Rozmaite statystyki podają wielkości od kilku do kilkunastokrotnego spadku zatrudnienia spowodowanego hipermarketyzacją handlu. Jakkolwiek niektóre z tych danych mogą budzić wątpliwości faktem jest, że końcowym efektem działalności hipermarketów jest spadek zatrudnienia w sektorze handlu oraz firm bezpośrednio z nim powiązanych. Dodatkowo należy zwrócić uwagę na fakt, że w wielkich sieciach handlowych najlepiej płatne stanowiska obejmowane są przez kadrę pochodzącą spoza lokalnego rynku pracy. Innym, niezwykle istotnym oddziaływaniem międzynarodowych sieci handlowych jest podważanie pozycji lokalnych, regionalnych i krajowych producentów, poprzez stawianie przed nimi utrudnień ekonomicznych w dostępie do nowych form dystrybucji, jakimi są sklepy wielkopowierzchniowe. Powszechnie znana jest kwestia opłat pobieranych od lokalnych producentów w zamian za pojawienie się produktów tych firm w ofertach hipermarketów. Tak więc dzięki błyskawicznemu przejęciu sporej części rynku sklepy wielkopowierzchniowe mogą dyktować swoje warunki nie tylko lokalnej konkurencji detalistów, ale także hurtownikom oraz samym producentom. Myliły się jednak ten, kto przewidywałby radykalną obniżkę cen spowodowaną wszystkimi tymi przewagami i oszczędnościami pochodzącymi np. z redukcji zatrudnienia. Ceny obniżane są tylko na niektóre towary, spełniając rolę wabika dla rzesz konsumentów zaopatrujących się w znacznie szerszą gamę artykułów. Także jakość oferty hipermarketów niejednokrotnie pozostawia wiele do życzenia. Ostatecznym, prawdziwym, wielkim wygranym są same sieci sklepów wielkopowierzchniowych, a zwłaszcza nieliczne grono ich głównych akcjonariuszy. Dla lokalnej ekonomii niekontrolowany rozwój hipermarketów jest jednak poważnym osłabieniem. Z drugiej strony samo pojawienie się takich sklepów u lokalnych handlowców powoduje większą dbałość o jakość własnej oferty. Na tym z kolei zyskują konsumenci, którzy mogą wybierać pomiędzy lepszymi jakościowo i tańszymi produktami. Tak więc patrząc od strony czysto ekonomicznej, stosunkowo najkorzystniejszą sytuacją wydaje się dopuszczenie oferty hipermarketów do lokalnego rynku, lecz w bardzo ograniczonym zakresie, w charakterze bodźca konkurencyjnego dla miejscowych grup kupieckich.
Aby dokonać pełnego bilansu hipermarketyzacji równorzędnie musimy wziąć pod uwagę także inne konsekwencje tego procesu. Nie mniej ważne od wpływu na lokalną ekonomię są środowiskowe efekty powstawania wielkopowierzchniowych obiektów handlowych. Chodzi tu przede wszystkim o wpływ ich budowy i działalności na ekosystemy terenów sąsiadujących, na strukturę przestrzenną miasta oraz na funkcjonowanie systemu komunikacyjnego.
Zanim prześledzimy środowiskowe konsekwencje lokalizacji hipermarketów, warto pokrótce zastanowić się nad modelem rozwoju przestrzennego miasta, który byłby do pogodzenia z zasadą zrównoważonego rozwoju. Następnie, już po określeniu podstawowych cech proekologicznego zagospodarowania przestrzennego terenów zurbanizowanych będzie nam bardzo łatwo prześledzić wpływ powstawania hipermarketów na ład przestrzenny środowiska miejskiego.
Jakie więc powinno być miasto, aby mogło zasługiwać na miano rozwijającego się zgodnie z paradygmatem ekorozwoju? Odpowiedź na to pytanie można zawrzeć w kilku krótkich zdaniach. Przede wszystkim powinno być obszarowo zwarte. W jego poszczególnych częściach wszystkie podstawowe funkcje (mieszkaniowa, handlowa, produkcyjna, oświaty i kultury, itd.) powinny być maksymalnie wymieszane. Oznacza to, że należy unikać tworzenia terenów "monokulturowych" - a więc takich, w których mieszkańcy tylko mieszkają, tylko pracują, tylko zaznają rozrywki i wypoczynku, czy wreszcie tylko zaopatrują się w towary i usługi. W ramach poszczególnych dzielnic należy dążyć do zbilansowania się miejsc pracy z liczbą osób aktywnych zawodowo. Podobnie rzecz powinna mieć się z zapotrzebowaniem na oświatę, kulturę, czy wreszcie handel - które to powinno być bilansowane z ilością terenów przeznaczanych pod poszczególne funkcje. Zwartość przestrzenna miasta oraz wymieszanie funkcji mają za zadanie maksymalne ograniczenie zbędnego obciążenia układu komunikacyjnego, którego funkcjonowanie w coraz większym stopniu wpływa negatywnie na środowisko miejskie. Jednym z postulatów proekologicznego kształtowania przestrzeni miejskiej, który podsumowuje ten akapit jest dążenie do zapewnienia mieszkańcom maksymalnej dostępności (accessibility) zamiast transportogennej mobilności (mobility). Mówiąc wprost, chodzi o to, żeby w mieście było wszędzie blisko, aby zakład pracy, urząd, kino, teatr, szkoła czy sklep znajdowały się za przysłowiowym "rogiem", nie zaś kilka, kilkanaście czy kilkadziesiąt kilometrów dalej. A wszystko po to, aby ocalić miasto od komunikacyjnej, środowiskowej, zdrowotnej czy wreszcie społecznej katastrofy, do której nieuchronnie prowadzi wzrost indywidualnej motoryzacji.
Osobnym problemem pozostaje zgodność rozwoju miasta z ekologiczną tkanką przestrzeni, w której ma miejsce urbanizacja. Miasto można zbudować i rozbudować nie licząc się z zastanym, pierwotnym układem ekologiczno - geograficznym, można też, wręcz przeciwnie - dopasować się do niego, wykorzystując sprzyjającą rzeźbę terenu czy rozmieszczenie poszczególnych ekosystemów.
Jak w kontekście powyższego przedstawia się proces hipermarketyzacji aglomeracji Trójmiasta? Większość nowych centrów handlowych powstała na terenach peryferyjnych, do których dojazd jest trudny, zaś wszelkie inwestycje dla jego poprawy wywołają potęgujące się, negatywne skutki przestrzenne i komunikacyjne. Można powiedzieć śmiało, że lokalizacja tych centrów handlowych jest zbrodnią planowania przestrzennego. Kontynuacja tej tendencji oraz ewentualne przeniesienie środków inwestycyjnych na poprawę połączeń komunikacyjnych z wspomnianymi obszarami peryferyjnymi wywoła szereg niekorzystnych skutków. W ostatecznej konsekwencji może nawet uniemożliwić realizację polityki przestrzennej zgodnej z zasadami zrównoważonego rozwoju. Poprawa obsługi komunikacyjnej terenów sąsiadujących z powstałymi, peryferyjnymi obiektami handlowymi spowoduje wzrost ich atrakcyjności, intensyfikację okolicznej zabudowy mieszkaniowej, postępujący zanik znaczenia historycznych centrów aglomeracji wraz z osłabieniem ich funkcji handlowych i usługowych. W efekcie dojdzie do umocnienia się osi komunikacyjnych konkurencyjnych wobec głównej arterii Trójmiasta. Poszczególne ośrodki miejskie, a zwłaszcza Gdańsk, staną się miastami o wyjątkowo rozproszonej strukturze zabudowy, w której dotychczasowe, stosunkowo dogodne funkcjonowanie ciągów komunikacji zbiorowej zostanie upośledzone.
W najgorszym scenariuszu rozwój przestrzenny miasta będzie przebiegał w kierunku zachodnim, bez poszanowania dla istniejącej, pasowej struktury ekologicznej oraz cennych terenów przyrodniczych znajdujących się w strefie krawędziowej wysoczyzny morenowej. Coraz szybszy wzrost indywidualnej motoryzacji spowodowany rozproszeniem zabudowy oraz pro-samochodowym rozwojem sieci ulicznej doprowadzą do powstania w Trójmieście typowej aglomeracji zdominowanej przez motoryzację. A to wobec obecnych standardów zachodnioeuropejskich oznacza powstanie miasta drugiej kategorii.
Poświęcając tyle miejsca związkom zagospodarowania przestrzennego z rozwojem systemu komunikacyjnego warto zauważyć, że bez względu na szczegółową lokalizację, hipermarkety zawsze są sklepami preferującymi klientów z samochodami, najlepiej o dużych bagażnikach do których zmieszczą się zakupy na cały tydzień. Sumując fakt koncentracji znacznego ruchu na małym obszarze oraz jego napędzania poprzez lansowany typ prowadzenia zakupów otrzymujemy wyjaśnienie problemów komunikacyjnych, które pojawiły się wraz z powstaniem pierwszych hipermarketów. Problemy komunikacyjne mogą być łagodzone poprzez zwiększanie ilości tego typu obiektów, które to podzielą między siebie grupę potencjalnych klientów. Innym, często proponowanym wyjściem z sytuacji jest rozbudowa układu ulicznego. Jak wskazuje praktyka miast, które inwazję motoryzacji i hipermarketyzacji przeszły już wcześniej, są to jednak rozwiązania pozorne, które prowadzą do zaostrzenia kryzysu komunikacyjnego. Mianowicie zarówno powstawanie nowych centrów jak i poszerzanie ulic prowadzących do nich powodują jedynie wzrost ilości oraz używalności samochodów osobowych. Korki pozostają takie same, zmienia się tylko liczba równoległych pasów, na których stoją unieruchomione auta. Przyczyny takiego stanu rzeczy są dwie. Pierwsza to oczywiście niemożność zaspokojenia potrzeb terenowych nieograniczonej motoryzacji (pełna realizacja komunikacji samochodowej dla wszystkich mieszkańców musiałaby na potrzeby tej komunikacji (drogi, parkingi) pochłonąć... 110% powierzchni miasta!). Drugą przyczyną jest fakt, że każdy nowo wybudowany hipermarket jest sklepem dla zmotoryzowanego klienta, którego kreuje samym swym powstaniem, powodując dalszy rozwój "samochodowej kultury zakupów".
W tym miejscu warto wrócić do zrównoważonego planowania przestrzennego, a zwłaszcza do zasady podziału terenów pomiędzy poszczególne funkcje zgodnego z zapotrzebowaniem społecznym w danym osiedlu czy dzielnicy. Nie ulega kwestii, że lokalizacja każdego, wielkopowierzchniowego obiektu stoi w sprzeczności z zasadą dopasowywania powierzchni poszczególnych funkcji do lokalnych potrzeb. Każdy hipermarket z natury jest bowiem obiektem ponadlokalnym, co jest oczywiste, jeśli spojrzeć na jego powierzchnię, wywoływany ruch czy osiągane obroty. Tak więc już w samym założeniu powstania hipermarketu - centralizacji funkcji handlowej - tkwi sprzeczność z zasadami proekologicznego planowania przestrzennego. Kwestia wielkości zapotrzebowania na powierzchnię handlową w danym osiedlu jest oczywiście dyskusyjna. Trudno zgodzić się z arbitralnymi i sztywnymi normami obowiązującymi w minionym ustroju centralnego sterowania. Nie sposób jednak przymykać oko na fakt, że obiekt o powierzchni 20 czy 30 tysięcy metrów kwadratowych jest z punktu widzenia zrównoważonego planowania przestrzennego szkodliwym przerostem zaburzającym harmonijny rozwój każdego osiedla czy dzielnicy.
Czas wreszcie na podsumowanie społecznych konsekwencji procesu hipermarketyzacji. W powyższych akapitach znalazły się już wszystkie poważniejsze zarzuty natury społecznej, jakie można postawić wobec niekontrolowanego rozwoju sieci wielkopowierzchniowego handlu. Jest to o tyle zrozumiałe, że z punktu widzenia całościowego wpływu tego typu inwestycji ich rozmaite oddziaływania zazębiają się wzajemnie, tak jak zazębia się ekonomia, ekologia czy procesy społeczne dotyczące danej społeczności lokalnej oraz środowiska jej życia. Podstawowe, negatywne konsekwencje społeczne opisywanego procesu, które zostały już wymienione, to oczywiście wzrost bezrobocia, kreowanie niezrównoważonych wzorców nieograniczonej konsumpcji, kreowanie wzorca wzrostu indywidualnej motoryzacji - "kultury samochodowych zakupów". Dyskusyjne jest, czy powstanie hipermarketów osłabiło tradycyjne więzi sąsiedzkie. Z jednej strony czas przeznaczony na dokonywanie zakupów w takim, anonimowym wnętrzu jest czasem straconym dla kontaktów z sąsiadami czy znajomymi. Z drugiej strony wiele aspektów życia, choćby kulturalnego przenosi się do obszarów centrów handlowych, które stają się nie tylko współczesnymi "świątyniami" kultu konsumpcji, ale także miejscami spotkań towarzyskich, miejscami rozrywki, itp.
Ostatnią kwestią, która istotnie wiąże się z koncepcją zrównoważonego rozwoju i ma duże znaczenie dla oceny zachodzącego procesu hipermarketyzacji, jest udział społeczności lokalnych w podejmowaniu decyzji o rozwoju przestrzennym terenów ich zamieszkania. Koncepcja ekorozwoju kładzie szczególny nacisk na maksymalnie szerokie procedury konsultacji społecznych decyzji, partnerski dialog władz i samych zainteresowanych - mieszkańców danego obszaru. U podstaw tego założenia tkwi przekonanie o potrzebie współdecydowania i współodpowiedzialności ze strony wspólnot lokalnych. Jak pokazuje przykład lokalizacji wielu inwestycji, w tym szczególnie wielkopowierzchniowych obiektów handlowych, realizacja idei konsultacji społecznych i partnerskich relacji pomiędzy władzami a grupami mieszkańców znajduje się na bardzo zalążkowym etapie rozwoju. Tymczasem bez autentycznej i równorzędnej współpracy o wdrożeniu zasad rozwoju zrównoważonego nie może być mowy. Idea pseudo-ekorozwoju pozbawiona filaru oddolnych, demokratycznych procedur konsultacji społecznych staje się tylko kolejnym, biurokratycznym sloganem budzącym iskrzenia, opór i zniechęcenie wspólnot lokalnych. Szczególnie drastycznie widać to na przykładzie kilkuletnich zmagań różnych grup mieszkańców z rozmaitymi, nieakceptowanymi inwestycjami narzucanymi w imię interesów wąskich grup nacisku. Wśród głośnych do dziś spraw bulwersujących społeczności Trójmiasta szczególnie dużo jest problemów związanych z nieprzemyślanymi lokalizacjami kolejnych hipermarketów. Powyższy bilans wskazuje na główne, możliwe przyczyny społecznego braku akceptacji dla tego typu inwestycji. W jakim kierunku pójdzie polityka władz, pokażą kolejne lata. Jedno jest pewne - w interesie nas wszystkich jest, aby był to kierunek dialogu ze społecznościami. Bez tego bowiem nie będzie możliwy żaden rozwój, tym bardziej zaś rozwój zrównoważony.
W imieniu Gdańskiego Porozumienia Organizacji
Ekologicznych przygotował Roger Jackowski
stowarzyszenie "Obywatelska Liga Ekologiczna"
(trójmiejska grupa Federacji Zielonych)