biuletyn nr 9
październik - listopad 1998



witajcie słonka !


Przy okazji Święta Zmarłych muszę powiadomić Was o tym, że źródlany "biuletyn" umarł. Wraz z tym numerem kończę wydawanie "biuletynu", który w przyszłym miesiącu obchodziłby swoje pierwsze urodziny. Myślę, że moja i Wasza prawie roczna praca nie była czasem zmarnowanym i że jednak ten "biuletyn" na coś się przydał. Nadszedł jednak czas, kiedy większość z osób współpracujących uznała, iż nie warto tworzyć "biuletynu" nadal, co dała mi do zrozumienia poprzez "nienapisanie" ani jednego tekstu do bieżącego numeru. W takiej sytuacji uznałam, że w tym momencie zakończę moją działalność wydawniczą. Chwila wspomnień. Numer pierwszy wydany był w Źródlaną Wigilię i wyglądał okropnie. Drugi był prawie cały pisany ręcznie. Trzeci jeszcze sklejany z kawałków, ale już cały przepisany na komputerze. Czwarty miał już obecny kształt, tytuł, czcionki i grafik. W piątym po raz pierwszy pojawiła się oddzielna "Infostrada", to także pamiętny numer o manifeście, podobnie jak i następny szósty i siódmy. Siódmy miał już 16 stron bez "Infostrady". Potem był tylko poprzedni ósmy plus plotkarski. Na tym koniec historii. Zajmę się czymś innym. Dużo dobrego Wam życzę, już nie na najbliższy miesiąc, (bo za miesiąc nie ponowię życzeń) lecz na długo, długo dłużej. Dużo słońca w te pochmurna dni. Gosia

przyczyna zgonu
wg Xperta


Drodzy! Z największą przykrością odebrałem informację o zgonie "biuletynu". Uważam bowiem, że był "biuletyn" jednym z niewielu oznak, że może czarne chmury, jakie zebrały się nad "Źródłami" w końcu ustąpią, że "schyłkowe klimaty" przeminą, że znowu będzie w Ośrodku jak kiedyś: tłoczno i wesoło, że będą nowe pomysły, nowe działania, nowe twarze. Tak się jednak nie stało i zdaję sobie sprawę, że i ja jestem temu częściowo współwinny. Pół roku temu pisałem, że "jeśli nie wyjdzie planowane na jesień szkolenie zrezygnuje z funkcji w Zarządzie". Szkolenia wprawdzie nie udało się zorganizować (zbyt wielkie to koszty, zbyt dużo pracy), jednak pewne oznaki sanacji w "Źródłach" zauważyłem. Niestety, zbyt nikłe to były działania, skoro tak naprawdę niewiele się w naszym stowarzyszeniu zmieniło. Och, przepraszam, jednak jedna rzecz się zmieniła. Z prawie czterdziestu członków ostało nam się jedynie trochę ponad dwudziestu, po dwóch żenujących próbach udało nam się zwołać Walne Zgromadzenie Członków naszego stowarzyszenia, po dziewięciu miesiącach obowiązywania składek w zawrotnej wysokości 1 zł okazało się, że nawet niektórzy członkowie Zarządu i Komisji Rewizyjnej nie uważali za słuszne zapłacić tego dobrowolnego świadczenia na rzecz wspólnego stowarzyszenia. Naprawdę nie musimy ciągnąć tego wszystkiego na siłę, tylko dlatego że kilkoro z nas ma dzięki "Źródłom" pracę.
Jeżeli nikomu z kilkunastu (naprawdę jest nas aż tylu?) osób nie chciało się poświęcić kilku minut na napisanie jakiejkolwiek relacji z jednego z wielu ośrodkowych spotkań czy innych wydarzeń, jeżeli nikomu nie zależało na zapoznaniu publiczności trochę szerszej niż kilkanaście osób (biuletyn rozchodził się w prawie dwustu egzemplarzach) z nadchodzącymi wydarzeniami - to o czym my tu w ogóle mówimy??? Dotację z Urzędu Miasta na następny rok być może dostaniemy (zależy to od jakości pisanych przez Asię projektów), ale zastanawiam się - po co? Czy po to, żebyśmy (my - kilkanaście osób) mieli gdzie wydrukować coś na komputerze, coś skserować, odebrać pocztę elektroniczną, zadzwonić do innego miasta? Żebyśmy mogli brać pensję za siedzenie w biurze i czytanie gazety czy pukanie w bębenek? Wydawało mi się, że istnienie "Źródeł" jest sposobem na zmienianie ludzkiej świadomości, wrażliwości, a nie celem samym w sobie. Szkoda, że się myliłem.
Przyznajmy szczerze, że nigdy większości Źródlan specjalnie na pisaniu do "biuletynu" nie zależało. Moje i Góra?la światopoglądowe wynurzenia też nie były pisane raczej z myślą o szerszej publiczności, zaś zaproszenia i relacje ograniczały się do "dnia tego i tego odbędzie się spotkanie z tym i tym", i to głównie Gosia biegała i prosiła poszczególne osoby o informacje lub przepisywała wiadomości z tablicy, bo nikt nie pofatygował się, żeby przygotować jej gotowy materiał. Dla kogoś nie należącego do "elity piętnastu" nazwiska pojawiające się w tych zaproszeniach brzmiały równie obco co dla mnie nazwiska przedstawicieli siedemnastowiecznego malarstwa węgierskiego. Od tego numeru "biuletyn" dzielony miał być na dwie części: wewnętrzną dla Źródlan i zewnętrzną dla wszystkich. Tak się jednak nie stało, bo nikomu nie chciało się zadać sobie tyle trudu, by do lakonicznej informacji o spotkaniu dopisać kilka słów, które mogłyby zachęcić do uczestnictwa osoby spoza naszego zaklętego kręgu. Nie wystarczy namalować kredką plakacik i powiesić go przy drzwiach do Ośrodka, a potem robić spotkanie dla trzech osób. Jeżeli chce się działać dla ludzi (bo przecież nie dla siebie), trzeba do tych ludzi wyciągnąć rękę. Przyczyną zgonu "biuletynu" jest tak naprawdę nasze lenistwo. Mamy siebie za wielkich aktywistów ekologicznych, ale przyznajmy szczerze, że tak naprawdę mamy wszystko podane na tacy: lokal, dobrze wyposażone biuro, pieniądze na etaty. I płaczemy, gdy Urząd Miasta nie daje pieniędzy na pokrycie naszych ogromnych rachunków telefonicznych. Zgnuśnieliśmy jak stare dziady i zamiast grona wolontariuszy dopracowaliśmy się jedynie mentalności urzędasów. W rzeczywistości nic już nas nie obchodzi zmienianie świata, "nawracanie" społeczeństwa. Ważniejsza jest dla nas walka o kolejne pieniądze dla pracowników, którzy obiektywnie rzecz biorąc nie są nikomu do niczego potrzebni.
Biuletyn mógł stać się zalążkiem uzdrowienia "Źródeł". Docierał do kilkuset osób, mówił o tym, czym się zajmujemy, zachęcał do udziału w naszych pracach. Nie wykorzystaliśmy jednak tej szansy, wyraźnie widać więc, jak zależało nam na dotarciu do innych. Tak naprawdę boimy się tych innych, bo mogliby zagrozić naszej pozycji na wygrzanych stołeczkach. Będziemy teraz szukać winnych i tłumaczyć się sami przed sobą. Ale nie spotykajmy się już więcej, żeby zastanawiać się nad "przyszłością Ośrodka". Tej przyszłości nie ma i miejmy pretensję jedynie sami do siebie. KAW

Powrót do strony głównej