wakacyjne zapiski mieszczucha
Pierwszy miesiąc wakacji (takich szkolnych od 20 czerwca) spędziłam w Łodzi. nigdy czegoś podobnego nie doświadczyłam, bo do tej pory równo z nastaniem lata zamykałam dom na cztery spusty i wyjeżdżałam nad wodę do rodziców. Tym razem wypadło inaczej. Wbrew własnym planom zostałam w mieście. Szczęśliwie pogoda była pod psem, więc nie było mi żal słonecznych plaż, pływania łódką, spacerów po lasach. Dni upływały mi szybko, wypełnione krążeniem pomiędzy domem i szpitalem, gdzie zastępowałam salową, pielęgniarkę, masażystkę, a czasem i lekarza przy babci. Ciekawe doświadczenie, ale nie polecam.
***

Wreszcie z nastaniem pięknej pogody załadowaliśmy rowery w pociąg i wyruszyliśmy do Białowieży. Pociąg dojeżdżał tylko do Hajnówki, więc tam się zatrzymaliśmy. Pierwsze swe kroki skierowaliśmy do schroniska PTTK. W dawnych czasach były to urocze noclegownie dla ubogich traperów. Ale czasy się zmieniły i schroniska niestety też. Nie wiem jak ze standardem, bo dalej niż do recepcji nie doszłam. Zatrzymała mnie cena: najtańszy pokój - 30 zł od osoby. Szczęśliwie funkcjonuje jeszcze coś takiego jak PTSM, czyli inaczej przystosowane do noclegów klasy szkolne. W zależności od kierownictwa, różnie takie schroniska wyglądały. W Hajnówce nocowała jakaś grupa z poznania, kierownika nie było, więc rozlokowaliśmy się na podłodze i spokojnie przespaliśmy noc. Rano przyszedł ktoś z obsługi i zapłaciliśmy kwotę ok. 6 zł od osoby. W tej szkole zaciekawiła nas pewna pracownia do zajęć gospodarskich. Była to klasa wyposażona jak kuchnia, w której dzieciaki uczyły się gotować i trzymać porządek. Był tam taż kącik ekologiczny m.in. z opakowaniami tzw. ekologicznych kosmetyków.
Z Hajnówki do Białowieży prowadzi fajna trasa przez puszczę. Kiedy wjechaliśmy do lasu mogliśmy pierwszy raz od dłuższego czasu odetchnąć pełną piersią żywiczno-ziołowym powietrzem. Sielankowość psuły tylko olbrzymie ciężarówy sunące z rykiem przez las. Niektóre były zaopatrzone w coś w rodzaju wielkiej pazurzastej łapy. Ponoć taka łapa trzyma drzewo, kiedy piła je ścina. potem wielkie ramię podnosi stuletniego kolosa i rzuca na przyczepę jak zapałkę. Gdy te giganty nas mijały, drżała ziemia. Po drodze wstąpiliśmy do rezerwatu pokazowego zwierząt. W puszczy, na sporym terenie porobiono spore wybiegi i jeśli ma się szczęście, można zobaczyć tarpana, żubra, łosia, dzika, jelenia, żubronia a nawet wilka. Ten ostatni wbrew opinii zwierzęcia płochliwego siedział przy samej siatce i pozwalał się łaskawie fotografować. potem oddalił się ze swoją ukochaną w ustronne ostępy. Stojącej przy ogrodzeniu klempie Ptasiek prawie wsadził obiektyw w oko, dziki zaś tak zamaskowały, że gdyby nie ogrodzenie można byłoby się potknąć. Żubry widać było słabo, bo leżały sobie w cieniu i wzbijały ogonem chmurę pyłu. Najbardziej jednak uwagę ściągały na siebie gzy. Wielkie jak perszingi i równie kąśliwe. Skutecznie przyspieszały ruch turystyczny wzdłuż ogrodzeń.
W Białowieży byliśmy 3 albo 4 dni. Tamtejsze schronisko (5 zł od osoby) jest wielką miłością jego kierownika i pani Ani - teoretycznie sprzątaczki, a faktycznie głowy całego interesu. Z kresowym zaśpiewem informowała kierownika w jaki sposób 40 osób ma nocować w 30-osobowym schronisku. Tak więc my na przykład nocowaliśmy na podłodze werandy, a nasi znajomi w magazynie rupieci. Spotkaliśmy Klaudię z Warszawy, działaczkę FZ, która miała akurat praktyki w Zakładzie Badania Ssaków. Wstawała o 3.00 i przez osiem godzin pędziła z odbiornikiem za wilkami. Taki to los studenta. Jako praktykantka miała przepustkę do rezerwatu ścisłego, zrobiliśmy więc sobie wieczorną rowerową przejażdżkę wśród kilkusetletnich olbrzymów, mchów i paproci. Robi to wrażenie. Wszędzie pełno leżących, powalonych wiatrem drzew. Nikt niczego nie sprząta, panuje tam majestatyczna cisza. W schronisku usłyszeliśmy z ust jednej z turystek "Las jak las, tylko bałagan większy." Miejscowi ludzie są pozytywnie nastawieni do parku. Widzą, że park ściąga turystów (dewizowców też), pieniądze z różnych funduszy. Sami przy tym zarabiają, na przykład jako przewodnicy po rezerwacie (70 zł/godzina). Wynajmują pokoje, pracują w sklepach, sprzedają pamiątki. Niektórzy martwią się wycinaniem puszczy, mówią, że już jedna trzecia lasu poszła pod topór. W muzeum kupiliśmy świetny film przyrodniczy o Białowieży, Biebrzy, Narwi. Jest w "Źródłach", warto zobaczyć.

***

Z puszczy pojechaliśmy nad jezioro (sztuczne) Siemianówka. Jego największą atrakcją jest betonowa grobla przecinająca jezioro na pół, po której krążą wagoniki z turystami. Część brzegów też wybetonowano, na szczęście nie wszystkie. Znaleźliśmy lekko zdewastowaną chatę, trochę ją sprzątnęliśmy i zasiedliliśmy. Dobrze, że mieliśmy tej nocy dach nad głową, bo burza jaka się rozpętała mogłaby spokojnie zdobyć pierwsze miejsce w amerykańskich filmach katastroficznych typu: "moc żywiołów, niebo w ogniu" lub cos w tym stylu. Błyskawice dały z siebie wszystko. Pędziły od chmur do ziemi, z ziemi do chmur, pomiędzy chmurami. Jedna nawet uderzyła dość blisko naszej chatynki, powodując wzorowe "padnij" w naszym wykonaniu. Lało też potężnie. Zastanawialiśmy się, co czuje krowa, która została na noc na łące niedaleko naszego domu.

***

Kolejnym etapem naszej wyprawy była Puszcza Kryszyńska. Na samym początku drogi zaczęło padać. Wjechaliśmy do lasu i ustawiliśmy tabor. Rowery przykryliśmy brezentem, weszliśmy do środka i przez dwie godziny jedliśmy śniadanie.
Przez całą niemal trasę do Supraśli mijały nas wielkie ciężarówki wiozące bardzo, bardzo duże rury. Gdzieś je zawoziły, wracały, brały kolejną i tak cały dzień. Raz gdy pędziliśmy bardzo stromym, długim zjazdem, minęła nas taka ciężarówa i jej uderzenie (powietrza) było tak silne, że zobaczyłam tylko jak lecą z ptaśkowego kosza: serweta, torebki, czapka. Musiałam wykazać się refleksem, żeby czymś nie oberwać. Przez ok. 10 km jechaliśmy czymś, czego istnienia nie podejrzewałam: szeroka, międzynarodowa, tirową trasą (bardzo ruchliwą)... zrobiona z kocich łbów. Ciężarówy pędziły po niej z rykiem i łoskotem, my natomiast podskakiwaliśmy rozpaczliwie. Po dojechaniu do Supraśli okazało się, że jej mieszkańcy wykazują bardzo słaba orientacje, jeśli chodzi o miejsca do nocowania. Wylądowaliśmy w ośrodku wypoczynkowym składającym się z paździerzowych domków nie remontowanych od 30 lat. Czy ktoś z Was oglądał horror "Piątek trzynastego"? Sceneria podobna.
Wieczorem poszliśmy zadzwonić. Ktoś z dumą poinformował, że jest w mieście aparat na karty - w remizie. Była kolejka i aparat faktycznie był, i to sprawny. Uciekliśmy rano z paździerzowych domków (10 zł/osobę) czym prędzej i wyruszyliśmy do Białegostoku.

***

Przeżyliśmy autentyczny szok. Po ponad tygodniu w pięknych dziewiczych lasach, zetknięcie z miastem było koszmarem. Poczułam się jak w teatrze absurdu lub we śnie wariata. Zamiast drzew ohydne, betonowe domy, zatłoczone ulice, bardzo duży ruch, wszędzie pełno ludzi. Co oni tak pędzą? Zapach spalin był nie do wytrzymania. Zamiast ciszy hałas, krzyki, syreny. Marzyłam aby czym prędzej się stamtąd wydostać. Na dworcu podszedł do nas facet: kudłaty, brodaty, w workowatych spodniach, sandałach, z brezentowym plecakiem. Był to Irlandczyk, który podróżował po Polsce, Litwie, Łotwie, Estonii i Rosji. Zbierał materiały do pracy naukowej (socjologiczno-politycznej) i kręcił film dla BBC. Trochę nie mógł się połapać w rozkładzie jazdy, biletach, dopłatach. Sfilmowała nas, jak łamaną angielszczyzną tłumaczymy mu, gdzie może zobaczyć coś ciekawego.

***

Wreszcie poza miastem! Wylądowaliśmy w Narwiańskim Parku Narodowym. Turystów tu jeszcze niewielu, rzeka wije się leniwie, na łąkach pasą się całymi stadami niespętane krowy i konie. Pomiędzy nimi bociany, których na tamtych terenach jest bardzo dużo.
Wypożyczyliśmy kajak i najpierw cztery godziny wiosłowaliśmy pod prąd, potem dwie spływaliśmy leniwie. Słońce prażyło jak szalone, dostaliśmy udaru słonecznego. Nocowaliśmy w wielkiej, niewykończonej willi (za darmo).

***

Mieliśmy wrócić pociągiem do Białegostoku, ale pamiętając ostatnie niemiłe przeżycia postanowiliśmy pojechać rowerami. W Kurowie odwiedziliśmy dyrekcję parku, ale akurat mieli kontrolę, więc dużo się nie dowiedzieliśmy.
Pod wieczór dotarliśmy do Tykocina. Jest to dość specyficzne miasteczko. Przed wojną mieszkało tu 2 tysięcy Żydów. Były dwa rynki: polski i żydowski. Nad każdym z nich wznosi się majestatycznie świątynia; piękna synagoga i wielki kościół, który wygląda trochę nieproporcjonalnie w stosunku do małych chatek otaczających rynek. W Tykocinie jest żydowska karczma, w której kelnerka poinformowała nas , że dania żydowskie są mrożone i niedobre, może nam za to podgrzać kaszę w mikrofali.
Żeby dostać się do schroniska musieliśmy przejechać z mozołem po zabytkowym bruku. Nie są to wygodne, małe kamyki ale duże kamory, po których jedzie się fatalnie. Mieszkańcy klną na ten bruk, ale nic nie mogą zrobić, bo to zabytek. Tykocińskim schroniskiem zawiaduje Gargamel. Jest on bardzo przejęty swą rolą, dba o wszystko, utrzymuje porządek a nawet dokarmia turystów. Nam dał pomidory, pietruszkę, cebule i cukinię.

***

Z Tykocina było już niedaleko nad Biebrzę. Jechaliśmy przez tak zapadłe wioski, ze ani tam sklepu, ani szkoły, ani nic. Asfaltu tym bardziej. Nad Biebrzą pierwszy raz widziałam wieś, która stała tyłem do drogi. Wszystkie domy były odwrócone, a przy drodze stały stodoły. Ciekawe dlaczego?
Nocleg wypadł nam w leśniczówce u pana Czesia, emerytowanego leśniczego, a obecnie na pół etatu w parku zajmuje się turystyką i ochroną środowiska (???) Pan Czesio nie robił z wyglądu dobrego wrażenia: Pomarszczony staruszek, obdarty i niezbyt zadbany, do tego ręce czarne i twarz nieco przepita. Za to w rozmowie okazywało się dopiero, że to człowiek niemal światowy. Urodziła się na Syberii, więc pewnie ze szlacheckiej, wywiezionej tam rodziny. Potem pracował jako nauczyciel. Jego dzieci mieszkały w Ameryce, o której nie wyrażał się pochlebnie. Mówił, że tam dla pieniędzy ludzie wszystko zrobią. Te czarne ręce pana Czesia pochodziły stąd, że zbierał jagody. Miał już 80 lat. Wakacje to jedyna szansa, gdy mógł z kimś porozmawiać, bo potem to już tylko pozostają bagna. Rano poszliśmy na spacer. Bagna wyglądały pięknie, ale dziwnie. Jak poligon. Pełno tam lejów od bomb. I aż po horyzont ani śladu domów, słupów, kominów.

***

Kolejne spotkanie z miastem, kolejny szok, bo bagna były jeszcze bardziej dzikie i bezludne niż puszcza. Mając 4 godziny do pociągu do Suwałk, spytaliśmy o najbliższy park. Parku brak, był natomiast skwerek przy kościele. Rozłożyliśmy tam brezent i śpiwory, zjedliśmy kanapki i drzemaliśmy leniwie. Obok nas przechodziły kobitki w stukoczących butach, spieszący się panowie w garniturkach, babcie z pieskami. Przyglądali się nam podejrzliwie.

***

Suwałki, wieczór. Szukaliśmy schroniska aż do zmroku. Co innego mówiła mapa, co innego przewodnik. Wreszcie pomogli nam taksówkarze. Kierownik właśnie zamykał, gdy się zjawiliśmy. Pierwszy raz spałam w poprawczaku, w pracowni obróbki ręcznej drewna, do tego na dmuchanej poduszce.

***

Po południu następnego dnia dojechaliśmy na Stabieńszczyznę do Waldka Czechowskiego. Drewniana chata, jezioro, malownicze wzgórza, wspólne obiady pod gruszą. Woda w jeziorze była nieprawdopodobnie przezroczysta. Jeszcze na głębokości kilku metrów widać było fantastyczny świat roślin. Mieszkało tu sporo zwierząt. Łabędzie w tym roku miały ośmioro małych - znaczy dobry rok. Bocianów też było od zatrzęsienia. A na drogach roiły się małe ropuszki. Życie w starej chacie toczyło się własnym, wolnym rytmem. Rano trzeba było napompować wody, zrobić śniadanie, potem pozrywać gruszki spadające znienacka do herbaty. Później obiad robiony niemalże w ogrodzie, spacer nad jezioro itd. itd. Dzień kończył się malowniczym zachodem słońca.

***

Po trzech dniach sielskiego pobytu w gościnnych waldkowych progach jedziemy dalej, do Suwalskiego Parku Krajobrazowego. Nocleg znaleźliśmy w Bachanowie. Wieczorem uzgodniliśmy wypożyczenie łódki i następnego dnia o 600 pomimo mżawki i dojmującego chłodu wypłynęliśmy na najgłębsze w Polsce jezioro: Hańcza, w której żyją raki.
To może przerywnik statystyczny: jeżeli założymy, że średni wzrost członka stowarzyszenia wynosi 1,75m., to gdybyśmy stanęli jeden na drugim, zmieściłoby się nas 62 osoby, czyli dwa razy tyle, co liczą "Źródła". Ludzie! Nie zapełniamy nawet jednego jeziora!

***

Ostatnim etapem naszej wyprawy była farma Thomasa - Szwajcara, który porzuciwszy rodzimy dobrobyt osiedlił się z żoną w Polsce. Nawet jak na Polskę, warunki jego życia są dosyć spartańskie. Część ze Źródlan zna Thomasa, wiec nie będę się rozpisywać na temat jego życia i filozofii. Pomagaliśmy mu porządkując podwórko, wyciągając olbrzymie głazy z pola, odpisując na jego listy, robiąc obiady, zabierając dzieciaki na spacery.
Cały czas ogarniał mnie podziw, gdy patrzyłam na Klaudię, jego żonę, która od 700 do 2300 harowała w domu, w ogrodzie, robiła pranie na podwórku, piekła chleby, gotowała, zmywała (bez ciepłej wody), opiekowała się maluchami, będąc jednocześnie w ciąży i nosząc na ręku roczną córeczkę. U Szwajcarów mieszkali też i pomagali w pracy Beniamin i Kathrin - Niemcy z byłego NRD - barwne postacie, muzycy i aktorzy ubrani w wełny i skóry.

***

Potem pojechaliśmy na obóz do Turtula, o którym już nie będę pisać, bo boli mnie ręka, a poza tym byłam tam tylko na połowie, bo niestety musiałam wrócić do Łodzi. Szkoda, bo było świetnie.

***

Dziwny był powrót do cywilizacji. Do Suwałk, na pociąg do Łodzi, jechaliśmy pośród malowniczych, zielonych wzgórz i różowych obłoków, w które chowało się zachodzące słońce. Potem robiło się szaro i coraz bardziej ciemno. Jechaliśmy przez las, który nagle skończył się i ujrzeliśmy przed sobą wielką łąkę, na której krańcach stały jak kosmiczne olbrzymy - bloki ze świecącymi się oknami. Wynurzające się z mroku miasto wyglądało jak UFO. Ulice były puste, światła migały pomarańczowo. Z dala świecił wielki neon "New York City Pizza" przy oświetlonej jak choinka stacji benzynowej.

***

Ósma rano - przyjazd do Łodzi. Jadę koślawym chodnikiem przy Kilińskiego. Oczywiście jest pełno samochodów, tramwajów i ludzi. Widzę czym oddycham. Przypomina mi się puszcza, wielkie omszone drzewa, cisza, wijąca się wśród trzcin Narew, ciche, bezludne bagna zielone wzgórza Suwalszczyzny, bociany krążące po niebie. Tymczasem chciałoby się zanucić: "Jestem w mieście, to widać, słychać i czuć".

AISHA



godzina duchów
Dzień pierwszy
Częstochowa, godzina trzynasta z minutami. W pośpiechu wyładowujemy z pociągu rowery i dobytek. Na dworcu czeka Mona i Rafał, potem dobijają częstochowianie. W 12 osób wyruszamy do Olsztyna. Na samym początku trudności rowerowe. Docieramy po ponad dwu godzinach. Dom Asi, w którym się rozlokowujemy to duża, pustakowa willa w budowie. Stan surowy, brak wody, podłóg i mebli. Są za to okna - nie wieje i nie kapie nam na głowę, jest prąd. Wszędzie pełno pyłu. Organizujemy sypialnię, jadalnię, kuchnię. Mamy gaz, grzałki, 20 ofiarowanych nam sosów. Jakoś to będzie. Wieczorem pierwsze spotkanie w kręgu. Częstochowianie siadają z prawej i lewej strony.
Dzień drugi
Pobudka rano. Bardziej wytrwali idą na gimnastykę i poranne czytania filozoficzne. Reszta powoli szykuje śniadanie. Mają tu naprawdę świetną piekarnię. Po śniadaniu idziemy w Sokole Góry. Pogoda średnia, trochę kropi, chłodno. Przyroda cudowna - piękne buki, pod butami szeleszczą liście, jest jakoś jesiennie. W jaskini robimy krąg, mówimy. Co nas tu sprowadziło, czego oczekujemy od pobytu w Olsztynie. Po południu spotkanie z prof. Hereźniakiem, pomysłodawcą utworzenia na tym terenie parku narodowego. Profesor mówi, dlaczego warto chronić ten teren. Na spotkanie przychodzi wójt Olsztyna. Spokojnie słucha słów profesora, że zorganizowano w Olsztynie wielki pokaz ogni sztucznych, że tłumy niszczą zamek, rozdeptują rzadkie i cenne rośliny, płoszą zwierzęta, że zamek jest oświetlony i to szkodzi owadom, że oszpecono go barierkami i w końcu, ze przeciągają się rozmowy z wójtami
w sprawie utworzenia parku. Argumenty słuszne, celne, podane w nieco zaczepnej formie. Podziwiam spokój wójta, to prawdziwy sfinks - uśmiechnięty, nieprzenikniony, do tego dyplomata. Odpowiada tak, by nikogo nie obrazić a swoje obronić. Podaje wstępne obietnice: ograniczenie oświetlenia, być może rezygnacja z pokazu, być może zgoda na park. Nie wiemy, co o tym myśleć.
Dzień trzeci
Wyruszamy na spotkanie z miejscowymi. Na pierwszy ogień idzie właścicielka gospodarstwa agroturystycznego. Na brak gości nie narzeka, zapytana o park narodowy mówi, że ludzie się tego boją, bo nic nie będzie można budować. Jedziemy też na spotkanie z pszczelarzem. Droga długa, pod górę i z góry, silny wiatr, gdy docieramy okazuje się, że pszczelarza nie ma. Ptasiek rozmawia z sąsiadem. Ten jest jak najbardziej za parkiem.
Dzień czwarty
Ciągle zimno. Pada. Ptasiek pojechał do Częstochowy, my mamy za zadanie przeprowadzić sondę wśród mieszkańców, co sądzą o pokazach pirotechnicznych i utworzeniu parku narodowego. Z braku szefa Ptaśka i pogody oraz oporów psychicznych ociągamy się niemożliwie. Przyjeżdża dziennikarz z "Wyborczej". Wszyscy uciekają w popłochu. Sama muszę
z nim rozmawiać. Robi zdjęcie, na którym jesteśmy my i rządek pustych brudnych słoików. No nic. Wreszcie się zbieramy do wyjścia, idziemy i sondujemy, potem zbieramy razem wnioski i przekazujemy je wójtowi. 90% pytanych wykazuje niechęć do pokazów, 80% jest za parkiem. Te 20% to prawie sami niezdecydowani lub niedoinformowani. Ludzie obawiają się zakazów na terenie parku np.: że zabroni im się wchodzić do lasu i zbierać jagody, albo, że bez pozwolenia nie będzie można sobie nawet kibelka postawić.
Dzień piąty
Jedziemy do dyrektora Zespołu Jurajskich Parków Krajobrazowych. Dyrektor znacznie się spóźnia. Z późniejszego spotkania dowiadujemy się, że dyrektor nic nie może zrobić z pokazami, ma mało ludzi, mało pieniędzy, mało uprawnień, parku nie będzie, a w ogóle to moglibyśmy mu pomóc posprzątać śmiecie w jaskiniach. Wracamy ze złymi odczuciami. Wieczorem dociera Jacek Zachara z bielskiej "Pracowni na rzecz Wszystkich Istot" i Peter - Amerykanin z Korpusu Pokoju. Ok. 2200 ćwiczymy happening na jutro.
Dzień szósty
Jedziemy do Częstochowy na pikietę pod Urząd Wojewódzki. Dociera sporo osób, sporo dziennikarzy. Happening wychodzi nieźle. Wojewoda jest bardzo miły i w ogóle. Zaprasza nas do siebie (???), częstuje paluszkami. Potem rozmawia uprzejmie, urzędniczo, mówi, że oni park chcą, ale trudno się dogadać z wójtami i rząd nie daje pieniędzy etc. Obiecuje powołać pełnomocnika d.s. parku. Nie jest źle. Wieczorem Jacek pokazuje slajdy z różnych akcji Pracowni. Nastroje mamy dobre. Najbardziej rozśmieszają nas nasze drzwi zrobione z gąbkowego materaca, który wstawiony w futrynę co pewien czas wygina się i ląduje na oglądających.
Dzień siódmy
Pełny relaks, żadnych spotkań. Idziemy w góry. Leje. Idziemy, idziemy, idziemy. 5 godzin! Kobiety załamują się nerwowo, grożą buntem. Wreszcie odpoczynek w jaskini. Potem idziemy na zamek w Olsztynie. Po drodze spotykamy szalonego pasterza, który klnąc i wymachując kijem rzuca się na Ewę. Kończy się bez rozlewu krwi. Część ludzi już wyjechała, trochę smutno
Dzień ósmy
Odjeżdżamy. Leje jak z cebra.
Epilog
Pozytywy:
- poznanie terenu, wiemy o co walczymy, poznanie mieszkańców, wójtów, dyrektorów, wojewody, dziennikarzy - słowem orientacja w terenie i sytuacji,
- nawiązanie współpracy z ludźmi w Częstochowie,
- zapowiedzi współpracy z wójtem Olsztyna. Jesienią zorganizujemy tam wystawę i spotkanie na temat parku, wojewoda da pełnomocnika
- zaczyna się coś dziać.
Negatywy:
- zniszczone przez psy spodnie Bobełta
- siwe włosy na skutek akrobacji rowerowych jednej z uczestniczek
Kolejny krok w kampanii "Jurajski Park Narodowy" - zlot duchów zamku olsztyńskiego w czasie VI Międzynarodowego Pokazu Pirotechniki i Laserów. To będzie STRASZNE!

P.S.
12 września twierdzę w Olsztynie otoczyło 200 tys. najeźdźców uzbrojonych w liczne wyrzutnie pocisków, lasery i stutysięcznowatowe głośniki.
Okoliczne wzgórza, pola i lasy zaroiły się od wehikułów, jurt i przenośnych ognisk (zwanych grillami). Już od rana w promieniu wielu mil rozlegała się głośna muzyka i próbne wybuchy. Widząc to zamieszanie, przeciw najeźdźcom wystąpiło kilkadziesiąt duchów zamku olsztyńskiego, które krążąc po olsztyńskim rynku, siejąc popłoch i panikę, zbierały wśród śmiertelników (pod groźbą straszenia w nocy) podpisy pod petycją o utworzenie Jurajskiego Parku Narodowego. Swoje sygnatury złożyli m.in. Kora Jackowska i Marek Jackowski z "Manaamu" oraz organizator pokazów pirotechnicznych, wójt Olsztyna. Miejmy nadzieję, że zdjęte grozą tłumy nie odważą się przyjechać na pokazy, których strwożony wójt nie zorganizuje, bo przerażony minister ustanowi tam park narodowy.
Asia - przedruk z "Psubratów" nr 8

* Nie znam psubratowego tytułu tego tekstu, a poza tym miałam go sporo skrócić, tak się umawiałyśmy, ale już nie zdążyłam, przykro mi, uznałam jednak, że wydarzenia w Jurze były na tyle ważna, że nie mogłam tego nie zamieścić.
Gosia