obowiązki wiceprezesów

Do napisania tego tekstu skłoniła mnie [no i mnie też - G]* dyskusja, jaka odbyła się na zarządzie 18 maja - pod nieobecność prezesa naszego stowarzyszenia a jednocześnie kierownika ośrodka kuratoryjnego, czyli Ptaśka. Nie o jego wyjeździe będę pisał, choć nie mogę mu wybaczyć tego braku wyobraźni i odpowiedzialności, i kilka gorzkich słów jednak skrobnę. Tym bardziej, iż uważam, że wszystkie takie żale powinniśmy wypowiadać otwarcie, a nie plotkować gdzieś po kątach.
Otóż, jak niewątpliwie wszyscy wiemy, w piątek wyruszył ze "Źródeł" konwój na Górę Św. Anny. Jechał w nim i Ptasiek, jednak cały czas wiedziałem, że w poniedziałek rano będzie już z powrotem, aby stawić się w pracy. Ale nie, w poniedziałek rano dowiedziałem się, że Ptasiek zbudował sobie domek na drzewie i zdecydował się jeszcze przez tydzień w nim poprotestować. Nie neguje tego protestu - ba, popieram go z całego serca! I jeśli Ptasiek uznał, że jest potrzebny na Górze Św. Anny, że tam lepiej pomoże Przyrodzie niż w Łodzi - to ja ufam mu całkowicie! Jednak nie mogę zrozumieć jego nielojalności wobec mnie i innych pracowników Ośrodka! Nie rozumiem, jak człowiek pełniący kierownicze, bądź co bądź, stanowisko mógł wykazać się takim brakiem odpowiedzialności! Nie informując wcześniej NIKOGO, prezes "Źródeł" znika na tydzień. Zostawia mnie i Gosię - czyli jego formalnych zastępców (w funkcji prezesa oczywiście - ale NIE kierownika ośrodka kuratoryjnego!) bez słowa, bez wydania jakichkolwiek dyspozycji na ten tydzień, bez poinformowania o nieskończonych sprawach! Ciekawe, czy tak samo postąpiłby, gdyby pracował w prywatnej firmie? Na pewno nie, zwłaszcza, że w takiej firmie za opuszczenie stanowiska pracy bez usprawiedliwienia zostałby po prostu wylany. Tym bardziej nie rozumiem więc, jak mógł zrobić coś takiego nie anonimowej pani kierowniczce, ale nam - przyjaciołom? Ptaśku - po prostu miałeś obowiązki, które nie pozwoliły Ci zostać na Górze Św. Anny, mimo że tak bardzo tego chciałeś. Jesteś człowiekiem dorosłym, więc zobowiązań przestrzegaj. To chyba pierwszy raz, od czasu jak poznałem Ptaśka, kiedy nie pomyślał on o innych. Ale i tak mam żal. [Ustaliliśmy, że to co napisał Krzyś, mam złagodzić, bo dość ostro potraktował Ptaśka. Myślę, że aż za bardzo. Trudno mu się dziwić. Jest bardzo niezadowolony, żeby nie powiedzieć zły. Uważam jednak, że ważniejsze jest to co napisał poniżej, czyli to o czym miał być ten tekst.]
Ale nie o tej decyzji Ptaśka miałem pisać, tylko o pewnym ogólnym zjawisku. Otóż zauważyłem, że gdy nie ma Ptaśka, wszystko w Ośrodku leży w gruzach. Niepozałatwiane sprawy, niepoodpisywane listy (ciekawe czy Virus znów się przyczepi do pisowni partykuły "nie"), niedotrzymane terminy. [Ja powiedziałabym, że panuje marazm, taka cisza, niewiele osób przychodzi, jakby instynktownie wyczuwały, że nie ma Ptaśka, czyli kogoś od kogo najwięcej można się dowiedzieć. Odkłada się nawet własne sprawy. Gdy trzeba podjąć jakąś decyzję to czekamy na Ptaśka, by na nim ciążyła ewentualna odpowiedzialność za to, robimy. Kiedy nie ma Ptaśka, nikt nic nie wie i niewiele (nic?) się dzieje. To nie jest dobre.] co Dlaczego tak jest? Przecież ma Ptasiek dwoje zastępców? Tak, ale z przykrością muszę przyznać, że my absolutnie nie mamy pojęcia czym Ptasiek się zajmuje. Wiemy, że gdy jest w pracy, praktycznie cały czas gdzieś dzwoni, pisze, biega, załatwia. Jednak, gdy go nie ma, nie jesteśmy w stanie go zastąpić, gdyż nie mamy zielonego pojęcia cóż on tam załatwia, gdzie biega, do kogo dzwoni i pisze! A przecież nie robi tego prywatnie, tylko jako przedstawiciel Ośrodka. Mamy do niego zaufanie, ale kłopoty zaczynają się, gdy Ptaśka brakuje. A przecież może go zabraknąć nie tylko wtedy, gdy bez słowa znika na tydzień pozostając na drzewie, ale równie dobrze w każdej chwili może (odpukać!) złamać nogę, zachorować, wyjechać w pilnej sprawie rodzinnej. I co wtedy??? Poważnie traktujemy swoją funkcję wiceprezesa. Wiceprezes to ktoś, kto zastępuje prezesa, gdy ten nie może wykonywać swoich obowiązków. Ale obowiązki te trzeba wpierw znać! Dziś z Gosią byliśmy zupełnie bezradni wobec nagłej odpowiedzialności za Ośrodek zrzuconej nam niespodziewanie na barki przez beztroskiego Ptaśka. Oczywiście to o czym piszę nie jest winą Ptaśka, tylko bardziej moją i Gosi - ale pewnie wina leży po obu stronach. [Odnoszę wrażenie, że na Ptaśku spoczywa zbyt duża odpowiedzialność za Ośrodek. To, że Ptaśka nie ma (nie ma tu znaczenia z jakiego powodu i czy wiedieliśmy o tym wcześniej czy nie) nie powinno być dla nas problemem. Nie powinna nieobecność Ptaśka być dla nas ciężarem z którym nie jesteśmy w stanie sobie poradzić. Przecież przez cały czas ja i Krzyś jesteśmy odpowiedzialni za to co się w Źródłach dzieje, zresztą nie tylko my, ale i cały zarząd. Przypomina nam się o tym jednak dopiero wtedy, gdy zaistnieje taka sytuacja jak teraz. To chyba nie w porządku wobec Ptaśka. Ale o tym już Krzyś powiedział.] Ustaliliśmy więc, że po powrocie Ptaśka porozmawiamy z nim i poprosimy o przekazanie nam informacji o prowadzonych przez niego działaniach. [Nasze "żelazne dwadzieścia minut" każdego zarządu miało spełniać to zadanie, ale jakoś mówimy tylko o dużych rzeczach, pomijamy drobiazgi z których przecież składają się większe całości. Być może to dobrze, bo gdyby każdy z nas miał powiedzieć wszystko, to pewnie zarządy trwałyby w nieskończoność, z drugiej jednak strony widać, do czego prowadzi brak informacji. Dlatego z Ptaśkiem i resztą zarządu ustalimy komu i w jaki sposób informacje o działaniach będą przekazywane.] Czuba znalazł nawet odpowiednią analogię na zaistniałą sytuację: Ptasiek jest jak lekarz, który leczy wielu chorych - ale żadnemu z nich nie założył karty chorobowej. O wszystkich schorzeniach pamięta, gdyż swoich pacjentów zna doskonale osobiście. Ja zaś jestem jak ta pielęgniarka, która na polecenie doktora wypisuje pacjentom recepty i skierowania, i z tego powodu też troszkę orientuje się kto na co choruje. W momencie, gdy lekarz wyjeżdża, a pacjentów musi leczyć jakiś inny medyk, może on rozpoznać część schorzeń na podstawie wywiadu z pacjentem, objawów i informacji pielęgniarki - ale nie dysponując pełną historią choroby nie jest w stanie skutecznie leczyć.
Dlatego musimy Ptaśka poprosić o założenia swoim pacjentom takich "kart choroby" - niekoniecznie w postaci "papierowej", ale ważne, żeby pracownicy Ośrodka i inni członkowie zarządu Źródeł byli w stanie normalnie pracować pod nieobecność szefa, który, jak mam nadzieję, na przyszłość będzie uprzedzał o swoich wyjazdach. [Liczymy, że w przyszłości nie będzie takiej sytuacji, że pozostaniemy w Źródłach bezradni z rozłożonymi rękoma.]
Jeszcze mała dygresja: tuż przed wyjazdem właśnie o takich sytuacjach rozmawialiśmy z Ptaśkiem, Asią i Czubą. Ptasiek nalegał wtedy na wakacyjne dyżury pracowników w Ośrodku. "Skoro bierzemy pieniądze za pracę w ośrodku kuratoryjnym, musimy być lojalni wobec naszych sponsorów" - mówił Ptasiek. No właśnie...
[I moja też mała dygresja. Na spotkaniu tzw. programowym w Łagiewnikach Ptasiek bardzo czepiał się PKU, dlatego, że tylko jedna osoba się tym zajmuje i przedstawiał czarne wizje tego co by było, gdybym zachorowała czy coś się ze mną stało, kto mnie wówczas zastąpi (a ma mnie kto zastąpić). Nie zauważył Ptasiek tylko tego, że dokładnie tak samo, lecz na znacznie większą skalę dzieje się w Źródłach. Porównajmy: przeze mnie jakiś chłopak mógłby nie dowiedzieć się jak napisać podanie o zastępczą (ale w pogotowiu leżą ulotki), zaś od Ptaśka zależy w ogromnej mierze funkcjonowanie Źródeł. Przyznaję, my też tego nie zauważyliśmy. (Ja też nie pozostałam bez kąśliwych uwag, a szkoda.)]
Oddaję teraz... głos? pióro? klawiaturę? Gosi, która po rozmowie z Ptaśkiem dopisze ciąg dalszy... (bardziej na temat, bo przez mój tekst wciąż gorycz przemawia). [Już to zrobiłam, napisałam mnóstwo rzeczy nie czekając na rozmowę z Ptaśkiem. W każdym razie dziękuję za oddanie mi ... głosu? pióra? klawiatury (chyba najbardziej)? A ciąg dalszy nastąpi za kilka(naście) dni, w następnym akapicie.
* Będę się wtrącała do tego co napisał Krzyś, chociaż według jego planu miałam napisać tylko zakończenie zresztą sami przeczytacie. Dopiski te robię dlatego, że mam też parę uwag, a nie chcę pisać osobnego artykułu, bo nie sądzę, że jest to potrzebne, tym bardziej, że mamy właściwie takie samo zdanie na poruszony przez nas temat, czasem tylko na coś innego kładziemy nacisk, różne rzeczy pomijamy. To tyle.

Gosia i Xpert

P.S. Wyszło mi zupełnie coś innego niż zamierzałem napisać (i to pewnie widać), ale może to i dobrze?

obowiązki wiceprezesów - ciąg dalszy
Minął tydzień od czasu jak ja i Krzyś spotkaliśmy się z Ptaśkiem. Nie wiem czemu (albo wiem, ale o tym później), ale nie czuję się jakoś pewniej jako wiceprezes, nie wiem jak Krzyś, ale on, jak zauważyłam, też nie wyszedł z entuzjazmem z tego spotkania. Ale po kolei. Przez nieuwagę zostawiliśmy powyższy tekst na biurku w Źródłach. Znalazła go Asia i przeczytała, potem po powrocie Ptaśka z Góry Św. Anny dała mu do przeczytania. I to w sumie dobrze bo mieliśmy podstawę do rozmowy. Jednak nie jestem przynajmniej ja zadowolona z tego co napisaliśmy, bo zrobiliśmy to w sposób nie do końca jasny, Ptasiek nie zrozumiał naszych intencji. Wyjaśniam. Nie chodziło nam o to, że Ptasiek nie radzi sobie z obowiązkami i dlatego ma nam ich część przekazać, ale o to, o czym Krzyś pisał dosyć dokładnie, że nie wiemy, co Ptasiek robi i w razie jego nieobecności nie możemy go zastąpić, ani pomóc, jeśli by tej pomocy potrzebował. Rozmawialiśmy o całej tej sytuacji, która wyniknęła z naszego tekstu na "walnym zgromadzeniu członków" (czytaj też "9+2"). I tam doszliśmy do wniosku, że najlepiej będzie jak spotkamy się we trójkę. Umówiliśmy się na dosyć niefortunny termin, bo było to po nocy spędzonej przeze mnie i Krzysia w pociągu, nie byliśmy więc tego dnia zbyt wypoczęci, pomijam już fakt, że byliśmy chorzy. I jeszcze w dodatku niespecjalnie przygotowani do tej rozmowy. Wyjechaliśmy w góry żeby odpocząć i nie rozmawialiśmy zbyt wiele o sprawach Źródeł. Za to Ptasiek sumiennie przygotował się do spotkania z nami, miał przygotowane notatki itd. Przedstawił nam mniej więcej wszystkie ważniejsze osoby z którymi współpracuje i które tez powinniśmy poznać. Na tym się skończyło, bo ani ja, ani Krzyś, nie mieliśmy pomysłu na pytania do Ptaśka. I tak chyba (na pewno) nie wiemy co nasz prezes robi w godzinach pracy. Krzyś jeszcze o tym nie wie, bo właśnie podjęłam tą decyzję: musimy usiąść i opracować zagadnienia, które chcielibyśmy, żeby Ptasiek nam wyjaśnił, różne pytania, a później się z nim spotkać. Chyba muszę poprosić Krzysia, żeby spawdił (nie wiem gdzie on to sprawdza) kiedy gwiazdy tak się ułożą*, że będzie dobry dzień na twórcze i intensywne rozmowy. Wtedy spotkamy się raz jeszcze. I wtedy znów napiszę co z tego wyniknęło.
Gosia


* Krzyś przy korekcie, strasznie się zezłościł, że napisałam, że to gwiazdy się odpowiednio ułożą, i kazał zmienić na planety, bo gwiazdy podobno za wolno się poruszają żebyśmy mieli czekać na ich nowy układ.