manifest


Już czy jeszcze? Razem czy osobno?
W zasadzie Gosia już o tym pisała w szóstym "biuletynie", ale uważam, że temat można jeszcze troszkę pomęczyć (no i przede wszystkim: jakże mało ciekawy byłby "biuletyn" bez moich i Górala światopoglądowych starć - a liczę, że na mój tekst Góral odpisze, a ja z kolei odpiszę na to, co on mi odpisze... i tym sposobem "biuletyn" będzie się robił grubszy i grubszy). Oczywiście cały czas chodzi mi o MANIFEST.
Po tym jak na ostatnim "spotkaniu programowym" w Łagiewnikach manifestu nie uchwaliliśmy, Góral stwierdził, że widocznie jeszcze do tego nie dorośliśmy, że jak kiedyś "dostaniemy w dupę" (cytat dosłowny) to może go uchwalimy. Przypomniała mi się wtedy moja mama, która identycznych słów używała strasząc mnie, kiedym był jeszcze pacholęciem w ósmej klasie. "Zobaczysz, nic się nie uczysz, w technikum to dostaniesz w dupę!" mawiała i widać, że ogromną satysfakcję sprawiłoby jej, gdybym istotnie w ową "dupę" dostał (na szczęście nie dostałem!). Mina Górala zdawała się mówić to samo: "zobaczycie, zobaczycie, jeszcze mi przyznacie rację!". Oczywiście nie byłoby w tym nic złego, bo każdy może sobie mówić i myśleć co tylko chce, gdyby nie to, że już nie raz przekonałem się na własnym grzbiecie do czego prowadzi myślenie typu "zobaczycie, zobaczycie". Prowadzi do tego, że czasami dana osoba zupełnie podświadomie dąży do katastrofalnej sytuacji, w której okazałoby się, że jednak miała rację. Oczywiście nie podejrzewam Górala (za dobrze go znam) o podobne intencje, niemniej pewne niebezpieczeństwo jednak istnieje. Czy nie lepiej, skoro jednak manifestu nie mamy, postępować tak, żebyśmy jednak nie musieli się boleśnie przekonywać o konieczności jego istnienia?
Wracając do Manifestu (przez duże M). Nie chciałbym być złośliwy i mówić, że ja JUŻ go nie potrzebuję, gdyż wyrosłem z fazy gdy do sprawnego działania potrzebne są programowe deklaracje. Po prostu uważam, że niektórzy czasami potrzebują takich rzeczy jak Manifest, a inni nie. Ja wcale nie uważam, że jest on nam zupełnie zbędny. Tylko nie lubię tworzenia czegokolwiek na siłę - dobrej zabawy, uczucia czy wiary. Trudno nie zauważyć, że jako stowarzyszenie nie stanowimy duchowej wspólnoty. Szkoda, że tak nie jest, ale za z góry skazane na niepowodzenie uważam próby sztucznego takiej wspólnoty budowania. Naturalną kolejnością rzeczy jest, że grupa ludzi podzielających wspólną wizję świata zakłada stowarzyszenie, partię polityczną czy związek wyznaniowy. Działanie w odwrotnym kierunku ("O.D.S." - jak mawiał jeden mój wykładowca) jest nieporozumieniem, przypomina mi czasy, gdy małżeństwa ustalano odgórnie, a miłość przyjść miała później - nie były to raczej małżeństwa udane. "Źródła" powstały jako stowarzyszenie osób chcących chronić przyrodę - i intencje są tutaj absolutnie nieistotne! Osoby o jednakowym światopoglądzie "duchowym", a tak rozumiałbym tutaj spojrzenie kilku osób ze "Źródeł" na Głęboką Ekologię, powinny założyć związek wyznaniowy, a w najgorszym wypadku klub dyskusyjny - ale nigdy stowarzyszenie będące de facto ośrodkiem edukacyjnym! Natomiast uzależnianie członkostwa w stowarzyszeniu (powtarzam: w stowarzyszeniu, NIE w związku wyznaniowym) chociażby od wiary w to, że "życie wszystkich istot jest dobrem nadrzędnym" jest już sekciarstwem najgorszego rodzaju.
Wszyscy znamy historię "Źródeł", wiemy że zawiązanie osobnego stowarzyszenia związane było z takim a nie innym sposobem kierowania już istniejącą organizacją (czyli MLE). I to był nasz wielki błąd - powołanie do życia nowego stowarzyszenia jedynie dlatego, że nie podobały nam się metody działania innej organizacji. Gdyby historia potoczyła się troszkę inaczej, teraz zamiast jednych "Źródeł" działałoby sprawnie kilka innych organizacji (i właśnie do tego za kilka lat dojdzie): zwolennicy Głębokiej Ekologii założyliby pewnie łódzki oddział Pracowni na rzecz Wszystkich Istot, zwolennicy ochrony zwierząt łódzki oddział RWZ, edukację w szkołach prowadziłby ośrodek kuratoryjny, antyautostradowcy działaliby zapewne pod szyldem Federacji Zielonych. Tymczasem zbytnio skrępowani sentymentami i źle pojętą lojalnością, próbując wrzucić wszystko do jednego wora, ograniczeni przy okazji koniecznością "politycznej poprawności" ze względu na dotacje Urzędu Miasta, stworzyliśmy taki miszmasz, taki zlepek idei, intencji i metod, że napisanie WSPÓLNEGO manifestu "Źródeł" jest w tej chwili przedsięwzięciem zupełnie nierealnym.
Drodzy zwolennicy źródlanego Manifestu! Gdyby taki dokument mógł powstać, powstałby już dawno sam, bez specjalnie w tym celu zwoływanych zebrań. Tak już jest na tym świecie - jeśli ludzie coś wspólnie czują, to wiedzą o tym bez słów. Manifest potrafiący pogodzić moje widzenie świata z widzeniem świata Smalca, nie byłby manifestem, lecz farsą. Co przecież nie przeszkadza mi bardzo Smalca lubić i wspólnie z nim działać gdy mamy jednakowy cel do osiągnięcia. A gdy ktoś widzi świat tak jak ja, nie potrzebuję jego podpisu pod zbiorem zasad, żeby o tym wiedzieć.
Czy wróżę więc "Źródłom" rozłam? Tak. Zawsze byłem i jestem zwolennikiem specjalizacji. Nie chciałbym, żeby za kilka lat "Źródła" były organizacją masową jak choćby LOP. To, że wszyscy chcemy chronić Ziemię nie oznacza jeszcze, że musimy działać w jednym stowarzyszeniu, skoro mamy tak różne intencje, że nawet nie jesteśmy w stanie stworzyć wspólnego "manifestu". Zauważmy, że ten rozłam właśnie dokonuje się na naszych oczach! Kampania antyautostradowa prowadzona jest nie przez "Źródła", lecz przez fikcyjne Towarzystwo Ekologiczne "W obronie Ziemi!", ale już za kilka miesięcy może się okazać, że nie jest to żadna fikcja, ale "normalne", zarejestrowane w sądzie, oddzielne od "Źródeł" stowarzyszenie. Podobnie może stać się i z grupą robiącą rytuały, i z kampanią antywędkarską, i z czymkolwiek innym. Mnie osobiście jest to bardzo na rękę - np. zupełnie nie akceptowałem metod pracy Górala (choć popierałem i popierać będę cele), a teraz już jako członek zarządu "Źródeł" nie muszę się czuć za nie odpowiedzialny. I rozumiem, że ktoś może czuć podobnie w przypadku moich działań. Musimy się zastanowić, czy zdrowa jest sytuacja, gdy poza wspólnym lokalem, adresem i telefonem, kawałkiem wspólnej (wspaniałej) historii, przyjaźnią oraz dotacjami z Urzędu Miasta, nie łączy nas nic: ani światopogląd, ani "religia", ani ideały. Samo bycie "ekologiem" nie wystarczy, ponieważ rodzajów "ekologii" jest wiele.
Wiem, że piszę tutaj o bardzo kontrowersyjnych rzeczach i prawdopodobnie nie znajdę wielu popleczników. I nie chciałbym, abyście zrozumieli mnie źle: ani nie pragnę "odłączyć się" od "Źródeł", ani nie chcę nikogo ze "Źródeł" wyrzucać. Uważam jednak, że czasami należy pozwolić sprawom toczyć się własnym torem, a nie kurczowo trzymać się starych przyzwyczajeń. Dopóki jesteśmy w stanie być i działać razem, pod jednym szyldem, jako stowarzyszenie Ośrodek Działań Ekologicznych "Źródła", dopóty będę w tej organizacji działał i jeśli tak zdecydują za rok nasi członkowie, nadal współkierował nią najlepiej jak potrafię. Ale nie należy ukrywać faktu, że bardzo się wewnątrz "Źródeł" między sobą różnimy i jeśli któregoś dnia ktoś wybierze własną drogę, nie będę z tego powodu płakał, tylko wspierał go tak jak robiłem to dotąd.
Ale mamy jeszcze przed sobą kilka wspólnych lat, więc może jest jeszcze za wcześnie na takie wizje. Na razie zastanówmy się, jak robić lepiej to co robimy, jak unikać błędów, które popełniamy, szukajmy tego co nas łączy, ale nie ukrywajmy tego co nas dzieli. Szanujmy się i swoje widzenie świata, pamiętajmy, że każdy z nas jest inny i ma zupełnie inne intencje, a fakt, że drogi każdego z nas akurat splotły się razem na te kilka lat traktujmy jako duży podarunek losu.
...a mój własny światopogląd uważam za ugruntowany na tyle, że nie muszę go już potwierdzać poprzez zmuszanie innych do przyjmowania jakichkolwiek manifestów.

Xpert